niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział VIII

Błądziliśmy tak już chyba cztery godziny - szwędaliśmy się po jakimś lesie, nad rankiem dotarliśmy do jakby... osady? Tak, to chyba dobre słowo. A więc, dotarliśmy do pewnej osady - porozstawiane namioty, jakieś wozy. Wszystko to wyglądało jak z historycznej groteski. W jednej chwili spostrzegłem bóstwo - kobietę, która i wyglądem, i głosem powodowała, że rzesza ludzi padała przed nią na kolana i szła za nią prosto w ogień - ja też.
-Cher? Boże Święty, co ty tu robisz? - zapytałem nieźle zszkowany.
-Prezydent Douglas? A może raczej powinnam powiedziać Matty? - odparła z typową dla siebie zalotnością w głosie - Po prostu odwiedzam swoich Cyganów, włóczęgów i złodziei.  A ty, przepraszam, co robisz z tym republikańskim pajacem?
-Hej! Wypraszam sobie, ty silikonowa lampucero! - odfuknął Robert.
-Nie przejmuj się nim, wypierdzieliłem go z pociągu - stwierdziłem.
-O Chryste... No cóż, wybieracie się gdzieś konkretnie? Ja i Retta wybieramy się do miasta - powiedziała moja cudna, choć faktycznie troszkę zretuszowana Cher.
-Wiesz, chętnie się wybierzemy.
W drodze do miasteczka jakimś podstarzałym Chevroletem Luminą APV, rozmawialiśmy z naszą wspaniałą piosenkarką o różnych rzeczach, między innymi o polityce:
-Wiesz, nie lubię go - stwierdzając pokazała na Kerra.
-A ja ciebie, liberalna, żeby nie powiedzieć lewicowa, lalko - odezwał się Robert.
-Wiesz, też za nim nie przepadam, ale może nie mówmy o tych sprawach, co?
-Matty, gdyby nie ty, ta małpa skasowałaby prawa kobiet!
-To pomówienie! - zaczął krzyczeć Kerr, użył też wielu niecenzuralnych słów, których lepiej nie publikować.
                                                                           ***
Wreszcie dojechaliśmy na stację benzynową. Zatankowaliśmy i poszliśmy coś zjeść - na szczęście przy stacji była jadłodajnia. Już płaciliśmy, gdy jakiś burak zaczął krzyczeć, że mu śpieszno, aż posunął się za daleko:
-Hej, rusz tą grubą dupę - krzyczął ten frajer. Trzeba dodać, że wyglądał jak stereotypowy Amerykanin, tj. gruby, we flanelowej koszuli i wieśniackich jeansach.
-Coś ty powiedział, palancie?! - wydarła się Cher - Ona tak nie wyglądała zawsze! Niedawno urodziła dziecko!
-Tak, dzięki, że mi przypomniałaś - odezwała się wreszcie raczej cicha Retta - urodziłam dziecko, które ważyło 9 funtów! Wiesz jak to jest wypchnąć z siebie taką masę?!
-A ty czemu się tak spasłeś?! - zapytał się Robert.
-No właśnie! Urodziłeś trojaczki?! - natychmiast dodałem.
Z jadłodajni wyszliśmy otoczeni owacjami na stojąco. Cher powiedziała, że wraca wraz z Rettą do osady, musi napisać jeszcze kilka piosenek na nową płytę. Spotkaliśmy się (znaczy Robert i ja) z pewną panią kierowcą ciężarówki. Troche czasu zajęło nam przekonanie jej, że nie jesteśmy naciągaczami, i że chcemy ptylko podwiezienia nas do jakiegoś większego miasta. Powiedziała, że jedzie do Cleveland - w sumie nie najgorzej. Postawiła jeden warunek - zegarek, który miał Kerr, stanie się jej własnością. Niechętnie, ale zgodził się. Potem żałował:
-Nie wierzę, są tylko dwa takie złote zegarki! Jeden ma książe Filip, drugi teraz należy do tego wieloryba! Co ty w ogóle przewozisz tym gruchotem?!
-Hej, ty się nie interesujesz co wiozę, ja zapominam o "wielorybie" - powiedziała.
                                                                         ***
Wczesną nocą, albo późnym wieczorem - jak kto woli - na naszą ciężarówkę spłynęła wielka światłość.
-Proszę się zatrzymać, tu śmigłowiec Urzędu Imigracyjnego - ozwała się "światłość".
-Jasna cholera! - krzyknęła "ciężarówka".
Zjechaliśmy na pobocze, wysiedliśmy, ona otworzyła chłodnię - wyleciała z niej masa Latynosów. W jednej chwili przyleciał drugi śmigłowiec.
-Proszę odlecieć, tu agenci Secret Service - przemówił "ten drugi".
-Hej, my tu jesteśmy na akcji! Sami odlećcie! - wypowiedział się helikopter Urzędu.
Ten drugi wysłał rakietę - urzędnicy odlecieli.
-Robert, zwijamy się! - uznałem.
-Ale co z moim zegarkiem?!
-Zapomnij o nim! Chodź!
Ukryliśmy się gdzieś w przejścio-tunelu-czymśtam. Razem z nami był też pewien młody Meksykanin.
-Zimno ci? Jak masz na imie? - zapytałem.
-Jestem Jorge, wiecie, jest chłodno - odparł dygoczący Latynos.
Postanowiłem mu dać moją marynarkę:
-Trzymaj.
-Gracias señor - odpowiedział - i ja mam dla pana prezent.
Wręczył mi coś na kształt zegarka-kompasu na czymś jak sznurek.
-Co to? - spytałem.
-Wiesz, to jest mój zegarek, pokazuje mi drogę do domu. To zabawne, to jest moja piąta podróż do Stanów i jest najlepsza! - zaśmiał się - A ten co tak nie mówi?
-Este bombeo es pequeña y es un idiota. Él no habla español. (On ma małego i jest idiotą. Nie mówi po hiszpańsku).
-Aaa, sí, sí. Su español es muy bueno. (Aaa, tak, tak. Pański hiszpański jest bardzo dobry). Hasta luego amigo. (Do zobaczenia przyjacielu).
I pobiegł.
-Jaki cudowny człowiek - wreszcie powiedziałem.
-Tak, tak. Aha, yo hablo español, polla. (Aha, mówię po hiszpańsku, kutasie).

niedziela, 9 grudnia 2012

Rozdział VII

-Ej, dobra, nie wiem co się dzieje, ale miałem być sam... Trudno moja strata - ja biore 50%, a wy się dzielcie między sobą - sobowtór Elvisa przemówił do mnie. Cóż, widać kibice lubią się bawić.
-Och, panowie, wiedziałam, że oprócz mnie, seksbomby wszechczasów, będzie Król Rock&Rolla, ale że przybędą dwaj prezydenci... Jestem mile zaskoczona! - pseudo-Marilyn mówiła to głosem tak seksownym, jakby śpiewała Happy Birthday prezydentowi Kennedy'emu.
-No wiesz, Marilyn, życie jest zbyt krótkie, by było zorganzowane - odparłem.
Jedziemy. Ja zagaduję jakąś dzierlatkę, Robert odwala swoje szoł, młodzież pije na umór, a agenci Secret Service się głowią gdzie jesteśmy. Panienka, z którą rozmawiałem, była na oko dwudziestopięciolatką z długimi, brązowymi włosami i piorunującymi, błękitnymi oczętami. Chwila... Brzmi znajomo!
-Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali? - spytałem.
-Nie, to raczej nie możliwe... Ale muszę się przyznać, że spiknęłam się kiedyś z prawdziwym prezydentem Douglasem, kiedy byłam na stażu studenckim w stolicy.
Cholera. Wiedziałem.
-Tak? No proszę, kiedy to było? Mnie przecież możesz powiedzieć - zaśmiałem się, puszczając oczko.
-Wiesz, w ostatnim roku jego prezydentury. Nigdy potem nie zadzwonił - może jakby się nie uganiał za dupami, to siedziałby dziś przy Pennsylvania Avenue.
-Być może tak... A tak na marginesie - jaki był? Hmm?
-Jakby to powiedzieć... Dużo gadał, mało robił - zaśmiała się. Suka.
Tymczasem, Robert rozmawiał z jakimś łysym gościem "przy kości" oraz jakąś babką - też niezbyt chudą.
-Nie jesteś prawdziwym Kerrem. On ma dłuższy nos! - stwierdził łysol.
-Doprawdy? No to żeś mnię rozszachował... - odparł "nieprawdziwy", choć prawdziwy Kerr, popijając przez słomkę soczek z kartonu.
-Tak, ale najgorsze były te jego przemówienia - "Nasze marzenia są jak nasze dzieci!", dawajmy im brukselkę i szpinak! - twierdził dalej Pan Łysawy.
I nagle trach! "Przez przypadek" Robert ścisnął kartonik tak, że sok wyleciał przez słomkę wprost na twarz łysego.
-Mój Boże, najmocniej przepraszam, mam ostatnio taki tik, cóż poradzić! - baaaardzo szczerze oznajmił Kerr.
-No, nic się nie stało. Starość, prawda? Taka starość jak beznadziejność polityki Kerra, hahaha! - szydził ten, na którego głowie wcale nie było oznak starości.  Czy to nie ironia?
I znów, trach! I znów sok na twarzy Łysola. I znów przeprosiny Kerra:
-No przepraszam Pana, pójdę zażyć tabletki, przepraszam.
W tym momencie zajechaliśmy na jakąś stację. Było ciemno, lecz niezbyt dostatecznie, by nie zauważyć agentów Secret Service stojących na peronie. Z ruchu warg można było odczytać coś w stylu: "Przeszukujemy od czoła pociągu. Toalety też. Mamy zezwolenie prezydenta Hobarta. Pamiętajcie: Trzy razy Z: znajdujemy, zabijamy, znikamy".
-Robert, choć, szybko! - wykrzyczałem do Kerra.
- Co? Czemu?!
-Na tej stacji wsiedli agenci - chcą nas zanihilować!
-Zanihilować? Kto tak mówi?!
-Zamknij się i choć na koniec pociągu!
-Dobra, dobra - zrezygnowanym głosem zgodził się Robert.
Przecisnęliśmy się przez kilka wagonów i dotarliśmy do tego ostatniego. Pociąg już jechał ze sporą prędkością, a niestety, do następnej stacji raczej blisko nie było. Trzeba było skakać:
-Robert, musimy skakać. Jako, że starszym się ustępuje, to proszę bardzo.
-Co?! Oszalałeś?! Nie skoczę! Nie chcę się zabić!
-Dobra, ja cię wypchnę, obiecuję ci, że spadniesz na miękką, zieloną trawę.
-Taaak? A kto ciebie wypchnie mądralo?! Nie jestem głupi!
-Wątp... Znaczy, nie martw się, walczyłem w Korei, nie wiem co to strach!
-To w Korei to była akcja policyjna.
-Spierdzielaj! - z tym radosnym akcentem wyrzuciłem Kerra z pociągu. I gdy sam miałem już skakać coś się we mnie zatkało - a jak mi się coś stanie? Jednak frajerzy z Secret Service wchodzili już do tego ostatniego wagonu, więc skoczyłem. Potem na jakieś 5 minut straciłem przytomność.
-Kerr? Gdzie jesteś? - wołałem.
-Jasna cholera! Moje kości! Obyś zdechł! Świnio! Nigdy więcej mnie nie wypychaj z pociągu! - ozwał się głos zza kępy trawy.
Słabeusz.

niedziela, 2 grudnia 2012

Rozdział VI

-Obywatelki i obywatele, rodacy. Dzisiejszej nocy straciliśmy dwie wybitne postacie najnowszej historii naszego kraju. Dwaj Prezydenci Stanów Zjednoczonych, Robert Kerr i Matthew Douglas, zginęli w katastrofie śmigłowca wojskowego. Polegli już po spełnieniu obywatelskiego obowiązku, po rządzeniu tym wspaniałym krajem... Naszym krajem... - łamiącym się głosem mówił Hobart, frajer nawet nie był dobrym aktorem, nie umiał udawać! - Jeszcze wczoraj wieczorem, gdy odlatywali z Camp David, gdzie rozmawialiśmy o gospodarce naszego kraju oraz o konflikcie na Bliskim Wschodzie, mówiłem, że wkrótce się znów spotkamy na obchodach Dnia Niepodległości. Pamiętam ich uśmiechy. Dziś wiem, że słowa pożegnania są ostatnimi znanymi ich słowami. Choć nie odnaleziono jeszcze ciał naszych Bohaterów, chcę przekazać szczere kondolencje Rodzinom i Przyjaciołom.
Jakie to było słabe! Po prostu nie wierzyłem w to co słyszałem.
-Zakłamana wesz! Podśmierdująca żmija! Trzęsąca się kupa gówna! Zabiję go! - grzmiał Kerr.
-Poużywaj sobie, poużywaj, póki nie ma mojego wnuka - powiedziała Valerie - Abe wziął go do Waszyngtonu, pokazać co i jak. Logan to takie dobre, mądre dziecko. Jak na 9-ciolatka jest bardzo inteligentny. O wilku mowa!
Otworzyły się białe drzwi wejściowe, wpadł przez nie chłopiec o ciemnych włosach i takich okularach, jak kiedyś nosił John Lennon. Za nim wszedł starszy mężczyzna o włosach tylko po bokach:
-Logan, wykończyłeś mnie! I nie wytłumaczyłeś mi czym jest ten cały SWAG... - tak to z pewnością był Abel.
-Dziadku, nie wytłumaczę ci co to SWAG - musisz to po prostu mieć! - tak, on kiedyś będzie sławny.
-Tak, tak, dobra, ale... Matt? Kerr? Przecież wy... Val co jest?!
-Abe, przyjacielu, widzisz, przemówienie Hobarta to jedno z tych republikańskich kłamstw - przerwałem mu.
-Ej, wypraszam to sobie! My, znaczy prawdziwi Republikanie, nie kłamiemy!
-Dobra, dobra, Robercie. Niech ci będzie, nie mam ochoty się już nawet z tobą kłócić. Słuchaj Abe, Hobart chciał nas zabić, musimy się dostać do Waszyngtonu jak najszybciej, rozumiesz.
-Matt, wiesz, że jesteś moim przyjacielem. Znamy się już z 40 lat, jak mógłbym ci odmówić? Podwiozę was do dworca kolejowego, bo wiesz, Secret Service na pewno zna moje numery rejestracyjne. Pociąg jedzie do Winchester w Wirginii, stamtąd już niedaleko do stolicy.
Wieczorem już byliśmy na dworcu. Na torze przy peronie pierwszym stał nasz pociąg, weszliśmy jeszcze do toalety - tak na wszelki wypadek. Tam spotkaliśmy Elvisa... Chwila, przecież on umarł 21 lat temu! Aha, dobra, to sobowtór. Marilyn Monroe?! Co się dzieje?!
-Do boju Pantery!!! - krzyk młodzieży zadziwił nas. Kibice Carolina Panthers jechali z nami... Mówiłem już, że jechaliśmy przez Charlotte?

środa, 14 listopada 2012

Rozdział V

Szliśmy może jakieś półtorej godziny, ale było ciemno, więc uznaliśmy, że trzeba iść spać - potrzebne nam były siły, żeby zdemaskowa Hobarta. Obudziły mnie promienie słoneczne przedzierające się przez gęsto porośnięte igliwiem gałęzie drzew.
-Robert, hej Robert... Nixon tu jest!
-Co? Gdzie? Jak?
-Nigdzie, no przecież nie żyje 4 lata, ogarnij się, to był jedyny sposób, żebyś się obudził! Idziemy, dalej, dalej, ruchy!
-No dobra... A nie bolą cię plecy po tym spaniu na igliwiu?
-Wiesz, trochę tak, czuje jakby mi te cholerstwo powchodziło w tyłek. A co, ciebie też?
-Mnie? Nie. Idziemy Matt, stary pierdzielu.
Dupek. Ale byłem na niego skazany. Po jakiejś godzinie doszliśmy na skraj Hendersonville. Weszliśmy do pierwszej lepszej knajpy. Oczywiście, pierwsze co zrobiliśmy, jak to prawdziwi faceci (przynajmniej ja) skierowaliśmy się do WC. Dziwnym przypadkiem odczuwałem tylko parcie na "jedyneczkę" [sic!]; były trzy pisuary - kodeks pisuarowy wymaga zajęcia tego na skrajnej flance - ja zająłem lewy, Kerr prawy. Chwilę po nas, do toalety wszedł się jakiś gość, który natychmiast skierował się do tego środkowego. Szybko się spostrzegł obok kogo stoi:
-Och, Pan Prezydent... I Pan Prezydent, jestem zaszczycony!
Wyciągnął rękę, żeby mi podać - chyba był demokratą - ale niestety, byłem zajęty:
-Uścisnąłbym Panu rękę z wielką chęcią, jednak jak Pan widzi, trzymam Pierwszego Członka Ameryki, przykro mi.
-Eee, no tak, cóż... Bardzo mi było miło.
Albo miał pęcherz jak orzeszek, albo coś w stylu zapalenia prostaty, bo szybciutko się zmył.
-"Pierwszy Członek Ameryki", really?! - zapytał Kerr.
-No tak, a co, mam mówić na Niego "Willie", "Mały Matty", czy jak?!
-Chryste, a musisz na niego mówić jakoś?
-To, że ty jesteś pozbawiony uczuć i nie umiesz ich okazywać nawet sobie, to już nie moja wina.
-Dobra, dobra, i tak wygrałem. Ale patrz, co za świnia, nawet nie umył rąk!
Prostak. Gdy wychodziliśmy z toalety, oczywiście po umyciu rąk (!), zaczęło mi burczeć w brzuchu. Chciałem już coś kupić, gdy nagle:
-Ej, Matt, czy to nie jest Abe Henderson? - wykrzyknął Robert, pokazując palcem na portret jakiegoś gościa na ścianie knajpy.
-Chyba tak... No pewnie, to stary Abe, przecież jest senatorem stąd, z Karoliny Północnej! Zadzwonię do niego, spytam czy możemy wpaść.
-Oszalałeś? Przecież FBI zaraz namierzy nasze komórki i ogarną, że żyjemy!
-Masz rację, wprosimy się najwyżej, ale... - w tym momencie spojrzałem na telewizor umieszczony w górnym, lewym rogu sali, tuż nad kasą, obok półki z alkoholami - Spójrz! To chyba o nas.
Prezenterka Fox News, niezbyt łądna, bodaj czterdziesto-, czterdziestopięcioletnia, mówiła coś łamiącym się głosem, poprosiłem, żeby gość stojący za kasą zrobił głośniej, wtedy się zaczeło:
-Wczoraj, w godzinach wieczornych rozbił się śmigłowiec rządowy, na pokładzie którego znajdowali się byli prezydenci Stanów Zjednoczonych: Robert N. Kerr i Matthew H. Douglas. Ciał prezydentów jeszcze nie odnaleziono. O sprawie powie więcej ppłk Peter Trubblins, szef oddziału Secret Service ds. byłych prezydentów.
-Na pokładzie statku powietrznego wybuchł najprawdopodobniej pożar, helikopter rozbił się o ziemię, ścinając przy tym kilka drzew. Akcja poszukiwawcza ciał prezydentów trwa. Na razie wykluczamy prawdopodobieństwo zamachu terrorystycznego.
-Prezydent William Hobart ma wydać oświadczenie nt. katastrofy około południa - dopowiedziała na koniec spikerka.
-Złamasy, sklonowane owce, buraki w garniturkach! Chcieli nas zarżnąć, a wygadują, że nie było zamachu terrorystycznego?! Przecież terroryści siędzą w Białym Domu! Co się tu do cholery dzieje?! - krzyczał Robert. Nie dziwiłem mu się, przecież sam byłem nieźle wnerwiony.
-Kerr, choć, zmywamy się. Jak odkryją, że żyjemy będą chcieli nas jak najszybciej dorwać! Musimy dostać się do Hendersonów i obmyślić jakiś plan dotarcia do Waszyngtonu.
-Tak, masz rację. Ale Hobartowi nie popuszczę! A jak spotkam Trubblinsa, to chyba odgryzę mu jego stalowe jajca!
I to ja jestem liberałem...
Na szczęście wiedziałem, gdzie mieszka Abe z żoną, byłem tam częstym gościem w czasie kampań wyborczych - ich dom jest świetnym punktem wypadowym do okolicznych stanów. Na ich ganku staliśmy już jakieś 20 minut po ogłoszeniu, że nie żyjemy. Zadzwoniłem do drzwi - otworzyła mi ubrana w czarny żakiet kobieta.
-Valerie, witaj, muszę wejść, choć nie sam, jest ze mną Robert Kerr.
-Co? Matt? Ty żyjesz? Ale w telewizji podawali, że zginęliście wczoraj!
-Oglądasz Fox News? Myślałem, że stać cię na więcej...
-Fox News, oszalałeś chyba! To już jest wszędzie: ABC, NBC, CBS, nawet na CNN.
-Cholera, to nie dobrze.
Weszliśmy, mieliśmy poczekać na Abe'a, akurat wracał do domu z posiedzenia Kongresu. Mieliśmy trochę czasu na obmyślenie planu, choć przerwało nam przemówienie Hobarta.

niedziela, 11 listopada 2012

Rozdział IV

Pamięć mnie jeszcze nie myliła - lecieliśmy już bodajże 3 godziny - drogę do Camp David moglibyśmy przebyć 2 razy z dobrymi pilotami. Coś się nie zgadzało. Postanowiłem zadzwonić do Francisa Hookmana - był wiceprezydentem w czasie mojej kadencji. Wyciągnąłem więc swój telefon z zamiarem wybrania numeru, gdy usłyszałem głos Roberta:
-Co to? Nowa komórka?
-No tak, Nokia 5110, najnowszy model - odparłem. - Co, zazdrosny?
-Co? Ja? Nie... Moja Nokia 1011 dobrze służy!
-Mhm, dostałeś ją jeszcze za czasów swojej prezydentury, no ale jeśli satysfakcjonuje cię maksymalnie 15 godzin między ładowaniem baterii, to OK.
-Daj już spokój, nie zamienię go, bo...
-Bo jesteś kutwą - przerwałem mu - a teraz daj mi w spokoju zadzwonić do Franka.
Moje przeczucia się potwierdziły - Francis nic nie wiedział o spotkaniu.
                                                                       ***
Tym czasem w Waszyngtonie, na polu golfowym "Nevis Gardens"
-Prezydent Will Hobart wygrywywa jak na razie z wiceprezydentem Theodorem Matthousem i byłym prezydentem Johnem Andersonem - odezwał się głos spikera - Prezydent jest dziś w fantastycznej formie. A teraz brawa dla wiceprezydenta Matthouse.
Mathhouse, jak to Mathhouse, celował kijem w piłkę, kij wylądował na głowie pewnego czarnoskórego obywatela. Gdy zabierało go pogotowie do szpitala na obserwację, wiceprezydent znów popisał się taktem i elokwencją:
-Szanowny Panie, przepraszam bardzo, wie Pan, że jest mi bardzo przykro. Zastanawia mnie jedno, dlaczego Pan przybył tutaj na pole? Nie żeby coś, ale proszę Pana, wy Murzyni macie tyle sportów, w których jesteście dobrzy: koszykówka, baseball, rugby, biegi itd. I jeszcze golf? Może zabierzecie nam nasze majtki i skarpety?! Życzę miłego powrotu do zdrowia.
Cóż za faux pas... A słupek poparcia już leci w dół...
                                                                        ***
Las, las, nic innego tylko las! Postanowiłem iść do kabiny pilotów, niech coś zrobią do cholery!
-Panie kapitanie, co się dzieje, do Camp David chyba nie leci się tak długo? Macie jakiś problem?
-Panie prezydencie, nie lecimy do Camp David.
-Nie? To w takim razie gdzie?
-Nie mogę powiedzieć, mam taki rozkaz.
-Zatem chcę natychmiast rozmawiać z dowództwem, proszę podać mi mikrofon!
-Niestety, panie prezydencie, nie mogę tego uczynić. Dostaliśmy rozkaz zachowania ciszy.
-Okej, piczki, mam pistolet i nie zawacham się go użyć! - z tymże okrzykiem do kabiny wleciał Kerr i przyłożył plastikowy pistolet swojego wnuka Carlosa do karku jednego z pilotów - Douglas, rozbroj tego drugiego!
-No dobra, nie ma sprawy - odparłem.
-A teraz dalej, chcemy rozmawiać z waszymi przełożonymi! - krzyczał wciąż Robert.
-Panie prezydencie, nie możemy tego zrobić! Taki jest rozkaz!
-Zatem proszę lądować - tu, na tej łące! - zadecydował Robert.
-Tak... Tego nie mieliśmy zakazanego.
Gdy tylko wylądowaliśmy, Kerr postanowił pokazać swoją siłę:
-Chcieliście ciszy radiowej, to proszę bardzo kutafońce! - i strzelił z pistoletu kapitana prosto w radio.
-Jasna cholera, Robert, czy cię posrało?! Nie wiesz, że się nie strzela w tak małym pomieszczeniu?! - zacząłem się wydzierać: po części bo byłem zdenerwowany, a po części bo nic nie słyszałem.
-No dobra, dobra Matt! Niech ci będzie! A teraz wychodź.
I wyszliśmy, był już wieczór, bodajże około 20-21, było już dość ciemno. Jak tylko opuściliśmy pokład, śmigłowiec zaczął się wznosić z powrotem w powietrze. Po chwili wypaliłem:
-Jacy z nas idioci!
-Co? Czemu? Przecież już nie lecimy byle gdzie! - odparł Kerr.
-Tak, ale pomyśl: mieliśmy ich broń, mogliśmy kazać im lecieć z powrotem do Waszyngtonu!
-O Chryste, masz rację! - nagle olśniło Roberta i zaczął wymachiwać rękoma - Ej! Ej wy! Heej! Helikopter! Lądujcie z powrotem tutaj! Heeej!
Zaraz do niego dołączyłem. Wtem, wielki blask, pomarańczowawe światła i ogromny huk nas ogłuszyły. To wybuchł ten śmigłowiec. Mieliśmy w nim być...
-Robert, wiesz co to oznacza?
-Chyba tak, tak wiem. Hobart chciał się nas pozbyć...
-Wiemy za dużo.
-Matthew, co mamy robić?
-Nie wiem... Chyba musimy go powstrzymać i pokazać Amerykanom co się dzieje.
Byliśmy gdzieś na skraju lasu - jak się potem okazało niedaleko Hendersonville w stanie Karolina Północna.

Bohaterowie

Prezydent USA w latach 1993-1997: Matthew Henry Douglas

Prezydent USA w latach 1989-1993: Robert Neville Kerr

Prezydent USA od 1997 r.: William Phillip Hobart

Wiceprezydent USA od 1997 r.: Theodore Quincy Matthouse

Wiceprezydent USA w latach 1993-1997: Francis George Hookman

Sekretarz Stanu od 1997 r.: Charles Reynee

Szef oddziału Secret Service ds. byłych prezydentów: ppłk Peter Trubblins

Była żona prez. Douglasa: Katherine Jane Douglas

Pierwsza Dama USA w latach 1989-1993: Helen Joan Zenith-Kerr

Prezydent USA w latach 1981-1989: John Franklin Anderson

Pierwsza Dama USA w latach 1981-1989: Grace Nadine Vanderbilt-Anderson

Były szef CIA, członek Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej: Joe Halls

Senator z Karoliny Północnej: Abel David Henderson

Żona senatora Hendersona: Valerie Bernadette Henderson

Najstarszy i najdłuższy stażem członek Izby Reprezentantów: Don Barell

Doradca prez. Hobarta ds. polityki ekonomicznej: Evan Rollison

Syn prez. Douglasa, kandydat na senatora z Waszyngtonu: James Matthew "Jim" Douglas

Gwiazda muzyki Pop: CHER

Senator z Waszyngtonu: Harry Dirt

Były gubernator Alaski: Gerald Cuckle

Kongresman z Florydy: Nick Leach



Były ambasadror USA w Izraelu, kongresman z Idaho: Aaron Vashem

Gubernator Utah: Heinz Pförd

"Pierwszy gej Ameryki", dziennikarz, przyjaciel Jima Douglasa: Antoine Chereçion

czwartek, 8 listopada 2012

Rozdział III

14 maja zmarł Frank Sinatra - znałem go bardzo długo, pewnie jakieś 40 lat. To, że był powiązany z Mafią zapewne miało jakiś związek z moimi kłopotami przy wyborach gubernatorskich w Waszyngtonie. Ale wielkim artystą był. I właśnie dlatego chciałem być obecny na jego pogrzebie. Ale to nie było takie łatwe. Czemu? Pogrzeb miał odbyć się dwudziestego, a niestety, musiałem jeszcze rozpracować "Aurelię". Następnego dnia wróciłem do rezydencji Kerra, dzień później miałem się spotkać z byłym senatorem z Illinois Adlai'em Stevensonem III, on też coś podobnież wiedział.
Robert chciał pomówić ze mną o tym w jaki sposób dostać się do źródła przecieków. Jak bym wiedział... Wtem, przybiegł wnuczek Roberta - Carlos. Dziwne, córka republikanina, która wyszła za Latynosa - zięć okazał się być Wenezuelczykiem z domieszką krwi z Dominikany.
-Dziadku, dziadku, pobawmy się w coś - Carlos wręczył Kerrowi plastikowy pistolet, który szybko zniknął w kieszeni garnituru od Armaniego.
-Eee, tak, tak, jasne. W chowanego? - "Cóż za oryginalność" pomyślałem - Dobrze, ja policzę do stu i cię poszukam, dobrze? Jeden, dwa, trzy - w tym momencie Carlos pobiegł gdzieś w swoim kasku hokejowym by się schować - pięć, dwadzieścia siedem, a idź w cholerę... Dobra, co robimy z wiesz czym?
-Z pewnością musimy zajrzeć do Archiwum Narodowego - odparłem - i... Robert, kim jest to bydle w garniaku?
-Czekaj, jakiś tajniak?
Siedzieliśmy na białej kanapie a vis-a-vis stał potężny facet w czarnym garniturze, takim jak ma Secret Service.
-Panowie Prezydenci, jestem ppłk Peter Trubblins, jestem szefem oddziału Secret Service ds. byłych prezydentów, Prezydent Hobart chce się z Panami spotkać w sprawie "Aurelii" w Camp David. Zabierzemy tam Panów rządowym śmigłowcem.
-Ech, no cóż... Mmmm... Dobrze, jeśli Prezydent zwołuje spotkanie - po długim "mmmm-owaniu" zgodziliśmy się.
-W takim razie zapraszam Panów na pokład.
Wyszliśmy na podjazd - Trubblins miał rację, czarny Bell UH-1 Iroquois stał już przy trawniku, gotowy do startu, obsługiwany przez dwóch pilotów. Już wsiadaliśmy, gdy zauważyłem, że Trubblins zamiast do śmigłowca wsiada do czarnego Cadillaca DeVille:
-Panie pułkowniku, Pan nie leci? - spytałem.
-Po pierwsze, Panie Prezydencie, jestem podpułkownikiem. Po drugie, kapitan Hervious doskonale zna tę trasę i dowiezie Panów na miejsce, na czas. Ja pojadę zdam relację Sekretarzowi Obrony.
-No, jak Pan woli. To do zobaczenia.
Gdy już startowaliśmy, wyczytałem z jego ust coś w stylu "Raczej nie". Pytanie tylko, dlaczego Hobart wie, że my wiemy o "Aurelii"?!

czwartek, 30 sierpnia 2012

Rozdział II

Jeszcze tego samego dnia, pod wieczór pojechaliśmy do willi Kerra. Pieprzony republikanin! Teraz już wiem, gdzie poszły nasze podatki! Marmury na ścianach, heban na podłodze - obłęd! Salon? Majestatyczny, aż do bólu. Na szkarłatnej sofie poczułem się jakbym znów był przy Pensylvania Avenue. Robert, choć starszy ode mnie tylko o 4 lata, nie wyglądał dobrze. Jego twarz, taka blada, z wieloma zmarszczkami... Widać, że "Aurelia" też go gnębiła. Mnie kosztowała reelekcję, ale czym on się przejmował? Denerwował mnie, prawda, ale nawet trochę żal mi się zrobiło. Może martwił się tym, że czy tego chce, czy nie, musi ze mną jeszcze pobyć, bo jutro o 9:00 mieliśmy się stawić na pole golfowe "Nevis Gardens", gdzie jako byli prezydenci mieliśmy zagrać w sport Tigera Woodsa wraz z Hobartem i Matthousem, cel podobno charytatywny. Ale gdy próbowałem z nim o tym pogadać, zbył mnie. W limuzynie trochę rozmawialiśmy o niedawnych zajściach, ale do Sherlocka Holmesa i Doktora Watsona, było nam daleko. Uznałem, że nie będę dłużej siedzieć w Kerr-Landzie.
-Bob, jadę do domu, najwyżej jutro pogadamy o "Aurelii", oczywiście jak już z wami wygram.
-A idź w cholerę - odpowiedział w swym zakulisowym stylu.
Gdy już wychodziłem od niego z domu, usłyszałem rozmowę z żoną, Helen.
-Pieprzony demokratyczny błazen!
-Robercie, nie mów "pieprzony" - jak już musisz przeklinać, to się nie ograniczaj!
Wróciłem limuzyną do mojego apartamentu. Kupiłem go na przedmieściach Waszyngtonu w 1987 roku, gdy ogłosiłem swój start w kampanii prezydenckiej przeciw Kerrowi. Po przegranej wynajmowałem go studentom z Georgetown, ale wiadomo jacy są studenci. Teraz 85 metrów kwadratowych było wykorzystywane przeze mnie tylko czasami - a to jakaś partyjka golfa, a to zjazd byłych włodarzy USA etc. Mieszkałem sam, miałem też niewielki dom w Seattle; rezydencję w Olimpii, stolicy stanu Waszyngton, po rozwodzie dostała moja była żona - Katherine. Rozwiedliśmy się w 1988, przez tzw. "różnice nie do pogodzenia" - ja, kobieciarz, ona, zachłanna maszynka do robienia pieniędzy. Kathy jest jak hydra - można odciąć jej drogę do wpływów, ona zaraz znajdzie sobie trzy inne. Gdy poznałem ją w 1950 roku, w college'u, ta przemiła 19-stolatka, trzy lata młodsza ode mnie, od razu wpadła mi w oko. Ja, przedstawiciel tego nowego, liberalnego społeczeństwa, myślałem, że to będzie przygoda na jedną noc. Ale czymś mnie urzekła. Czekała na mnie przed salą, gdzie zdawałem końcowe egzaminy na studiach. Czekała, gdy byłem na wojnie w Korei. Czekała wraz ze mną na wyniki wyborów na gubernatora Waszyngtonu. Ale później jej cierpliwość się skończyła. Miłość się skończyła. Seks się skończył. Mówią, że jedzenie jest wieczne - Katherine szefem kuchni to nie była. No i koniec, trzy i pół godziny, i 32 lata poszły się... Dobra, było dawno temu i nie prawda. Ważniejsza od niej jest teraz inna kobieta - "Aurelia".

sobota, 25 sierpnia 2012

Rozdział I

Przy podpisywaniu książki, podeszła do mnie pewna kobieta. Przedstawiła się jako Peggy Brown, podobno jest asystentką Adama Jiggsa, pracownika Departamentu Stanu. Wręczyła mi kartkę od niego. Z Adamem znałem się już blisko 15 lat, poznałem go podczas mojej kampanii na gubernatora. Zawsze nie wiedział czego chce - raz na prawo, raz na lewo. Teraz powrót do Republikanów. Podobno wiedział coś o "Aurelii". Ufny, że może teraz dowiem się czegoś więcej, zdecydowałem się z nim spotkać. Miał czekać w swoim samochodzie, przy hali targów. Zostawiłem moje stanowisko pod pretekstem pójścia na lunch - Kerr w przemówieniu znów użył swej metafory "Marzenia są jak dzieci, trzeba je wspierać!" Tak, i dawać szpinak, i pomagać w lekcjach. Bufon. Przy wyjściu udało mi się zgubić agenta Secret Service, chwila po moim wyjściu z budynku i już podjechał czarny Ford Crown Victoria - auto Adama. Kiwnąłem ręką i wsiadłem.
-Witaj Adam, jak żona, ciągle okropna?
-Matt, Matt, ty i twoje podejście, ale tak, ciągle jest wredna. Ale, ale! Nie o tym chciałem z tobą pogadać, tylko wiesz...
-"Aurelia".
-Dokładnie, może nie wiem o tym wszystkiego, ale cóż poradzić? Te spotkania Hobarta z Reyneem - to nie były tylko republikańskie ploteczki. Tu chodzi o coś grubszego, chodzi o pieniądze i... Popatrz kto tu idzie!
Do stojącego na poboczu auta podeszła osoba o znajomej, raczej niewielkiej posturze. Tak, z pewnością to był Kerr. Opuściłem szybę.
-Co ty do cholery tu robisz?! Już się nie bawisz w Robert Kerr Show?
-Nie, skończyłem jakieś 5 minut temu. I ludzie mnie za to kochają!
-Gdyby cię kochali to wygrałbyś ze mną 6 lat temu, a później nie stracił nominacji partyjnej na rzecz Hobarta!
-Tak, tak, gadaj zdrów. Ale co ty tu robisz?!
-Spotkałem się z Jiggsem, on też już wie o "Aurelii", a niedługo pozna ją cała Ameryka!
-Ej, to ja miałem się z nim spotkać, przecież to wy coś z tym wykręciliście!
-Tak, bo Hobart był w mojej administracji. Wyjmij łeb ze swojego tyłka i zobacz co się dzieje!
-Lepiej ty zobacz co się dzieje obok ciebie!
-Co? O co ci...
Odwróciłem się - Adam siedział w fotelu z dziurą w głowie - w czasie naszej rozmowy ktoś musiał go zastrzelić z pistoletu z tłumikiem.
-Wiesz co Robert, lepiej będzie jak stąd pójdźmy - dwóch byłych prezydentów nie wygląda dobrze przy trupie.
-Tak, tak, masz rację. Kurcze, biedny Adam, kto to mógł zrobić?
-Nie mam pojęcia. Może ktoś, kto nie chce, żeby "Aurelia" wypłynęła. Za dużo wiedział.
-Znaczy my, my też możemy iśc fiu - przyłożył sobie dwa palce do skroni - a potem w piach? Nie! Gdzie idziemy?!
-Jak to gdzie? Do ciebie!

piątek, 24 sierpnia 2012

Prolog

To już 2 lata. 2 lata po kolejnej porażce. 10 lat temu mój wróg nr 1 - ówczesny republikański senator z Ohio Robert Kerr - wygrał ze mną wybory, 4 lata później to ja z nim wygrałem. Pozostawiłem zajmowany przez 8 lat fotel gubernatora stanu Waszyngton i usiadłem na ciężko wywalczonym fotelu Prezydenta USA. Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy. Nie zdążyłem przeprowadzić wszystkich reform, gdy już miałem się wyprowadzać - wiceprezydent w administracji Kerra, Will Hobart, wygrał ze mną zaledwie 0.16% - jednak wygrał w stanach z dużą ilością głosów elektorskich, co przełożyło się na wynik 318:219 - i to z kim! Na wiceprezydenta wybrał Theodore'a Matthousa - kongresmena z Rhode Island, znanego z niefortunnych wypowiedzi typu "Mięsa nie ma?" w gettcie w Los Angeles lub "Czy pan też ma AIDS?" na ulicy Castro w San Francisco. Trudno. Poświęciłem się pisaniu książek, oczywiście nie tego chłamu co Kerr - nie piszę książek kucharskich, nie jestem idiotą. Dziś czas podpisywania mojej autobiografii na Waszyngtońskich Targach Książek.
                                                                   ***
-Panie Prezydencie, co chciał Pan przekazać w swojej książce?
Fox News... Nie cierpię tych pseudodziennikarzy... Choć ta akurat do najbrzydszych nie należała.
-Cóż, myślę, że "Matthew Douglas:Moje życie" ukaże moją prezydenturę jako dobrze spędzone 4 lata nad Potomakiem, nie to co twierdzą niektórzy mi nieprzychylni.
-Ooo, stul dziub Douglas, ty tam nic nie zrobiłeś!
Cholera jasna, musiał się tu pojawić...
-Proszę, proszę, kogo my tu mamy, były prezydent Kerr, myślałem już, że nie przyjdziesz.
-Chciałbyś.
-Nie mam czasu na prywatne pogaduchy, więc z łaski swojej ścisz się, bo jak widzisz udzielam wywiadu.
Kerr jak zwykle robił show - tym razem ubrał się jak szef kuchni. No tak, przyjechał tu promować książkę "Hail to the CHEF!". Sam nie wiele zrobił poza funduszem Aurelia. W czasie mojej prezydentury, na moje polecenie szef CIA Joe Halls miał za zadanie dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi. Podobno to wiceprezydent Hobart miał spotkania ze swoim przyjacielem, a dzisiaj sekretarzem stanu Charlesem Reyneem. Co było tematem tych spotkań jednak się dowiedzieć nie zdołaliśmy. Niemniej jednak wszystko to się działo pod nosem Kerra, więc i on musiał maczać w tym palce.