czwartek, 7 marca 2013

Rozdział XI

- Cześć! Hej! Witam w dzisiejszym odcinku programu. Jestem Antoine Chereçion, a to jest Ring of Fire! Wiecie, ludzie często pytają mi się: "Tony, jak to jest, ludzie wielbią cię jakbyś był męską wersją Oprah, a ty wciąż siedzisz tutaj, w stanie Waszyngton?"... Cóż mam odpowiedzieć? Hej, dzieje się tak bo jestem biały, jestem gejem, a w stolicy siedzi kłamca! Ale o tym już powiedzą moi goście: Prezydenci Stanów Zjednoczonych Robert Kerr i Matt Douglas oraz kandydat na Senatora Jim Douglas! Przywitajcie ich brawami!
Oklaski, ludzie płaczą, prawie jak na koncercie Tony'ego Bennetta.
- Witaj Tony, miło tu być - powiedział Jim.
Oczywiście, Robert milczał. "Uuu, to gej, jeszczę mnie czymś zarazi!", srata-ta-ta.
- Więc, Matt, mogę ci tak mówić, tak? I dobrze. Słuchaj Matt, jak to jest - mieliście zginąć, żyjecie, macie się dobrze i chcecie dokopać Prezydentowi Stanów? - zaczął Antoine.
- Tony, jakby to powiedzieć, Prezydent Hobart okłamał społeczeństwo. Okłamał Was, Amerykanie. Co ja mówię, on okłamał narody świata! Wczoraj dzwonił do mnie sekretarz ONZ Kofi Annan, sekretarz NATO Javier Solana, a wczoraj, jak wiecie Jay Leno, zapytał w programie "Co się kur*a stało?!".
- Tak, pamiętam. Prawie się posikałem ze śmiechu - zaśmiał się Tony.
- No dokładnie! - kontynuowałem - Wyobraź sobie, lecimy helikopterem, niby do Camp David, a tu las, las, las. Kazaliśmy im wylądować. My wysiedliśmy, oni wybuchli, if you know what I mean.
- Potem wałęsaliśmy się po kraju, aż w pewien sposób jesteśmy tutaj - odezwał się Kerr. Nie powiem, byłem zszokowany.
- Wiesz Tony, mam nadzieję, że Amerykanie dostrzegą co się dzieje w Waszyngtonie i wreszcie postawią na zmiany - wypowiedział się Jim.
- Tak! - krzyknąłem - Za 2 lata wybory do Senatu, także na Prezydenta. Musimy coś zrobić. Razem damy radę!
***
- Charles! Co to kuźwa ma być?! Czemu oni żyją?! Mieli zginąć!
- Panie prezydencie, na serio, ja... - zaczął się tłumaczyć Reynee.
- Ahoj... mnie to obchodzi! Jestem William Hobart, Prezydent Stanów Zjednoczonych! A tych dwóch dziadów psuje mi notowania! Ja muszę zasłużyć się jakoś pozytywnie, a oni wszyscy mówią, że jestem dyktatorem, który morduje swoich poprzedników! Dyktatorem! Jak... Hitler!
- No w sumie, wie Pan, Hitler też był wybrany demokratycznie - odezwał się Evan Rollison, de iure doradca ds. polityki ekonomicznej prezydenta (miał być sekretarzem skarbu, ale Senat go odrzucił... czemu? bo jeszcze w latach 60. spędzał upojne noce z pisarzem Tennesseem Williamsem, potem ostro imprezował z Freddiem Mercurym, choć podobno taki z niego konserwatysta), de facto jego prawa ręka od wszystkiego.
- Ja się zastrzelę! Nic nie umiecie zrobić! Fujary! Sieroty! Bando skretyniałych osłów!
- Jak osioł może być skretyniały? Osły myślą? Osioł to znak Demokratów... Demokraci to osły? - zaczął się zastanawiać wiceprezydent Matthouse.
- ZAMKNIJ SIĘ, ZAMKNIJ SIĘ, ZAMKNIJ SIĘĘĘĘ!!! Dlaczego ja cię wybrałem na wice? Jesteś idiotą, człowieku! IDIOTĄ! Ty też Reynee! Ty Rollison, jesteś pedałem! Ale i tak mi pomożecie!
- Bo co?! Mam już dosyć tego traktowania! - zaczął krzyczeć Reynee.
- Tej, synek! Uważaj na słowa! Chyba chcesz być w administracji. Chyba chcesz mieć pozycję w partii. Chyba chcesz żyć - "grzecznie" wytłumaczył mu prezydent.
- Żyć? A co ty zrobisz? Co, eleganciku?
- Morda patafianie! Wszyscy siedzimy w Aurelii, ty szczególnie. A teraz dzwoń łajzo do Trubblinsa, żeby ogarnął chłopaków i macie skończyć jakoś tą farsę ze starymi. Już.
- Dobra, dobra, chill out... bitch.
W czasie rozmowy sekretarza stanu z podpułkownikiem, prezydent zaczął mówić o wyzwaniach przed jakimi stoi cała administracja:
- Wojsko mam nadzieję jest przygotowane na ewentualnie rozruchy społeczne. Ale ekonomia to dupa Evan!
- No sorry, robię co mogę! Jakbym był sekretarzem skarbu, to by było inaczej, a teraz to dupa!
- Cicho cioto! Pamiętasz czemu cię nie wybrali? Bo jesteś pedałem! Republikański gej! Po prostu zajebista reklama! Na twoim miejscu wziąłbym się rzucić ze skały!
- Panie prezydencie! - wtrącił się Reynee - Pete powiedział, że ktoś z Secret Service słyszał, że starzy chcą jechać teraz z Olympii do stolicy przez cały kraj, mówiąc jacy to jesteśmy źli. Mają jechać tak: Waszyngton-Oregon-Newada-Utah-Kolorado-Kansas-Missouri-Illinois-Idaho-Ohio-Wirginia Zachodnia-Maryland-Dystrykt Kolumbii.
- Utah? Charlie, dzwoń do Pförda.
- Do Pförda? No to będzie rzeź...

sobota, 9 lutego 2013

Rozdział X + TVB

    Ależ ja jestem zaszczycony. Przybyło i CNN, i ABC, i CBS, i NBC... i nawet FOX News się pofatygowało! Pewnie dlatego, iż jest ze mną Kerr... Niby tak go ciągle lubię zwymyślać, ale nie jest aż tak zły. Nie mówię, że jest spoko, ale cóż - mogłoby być gorzej.
- Szanowni państwo, jesteśmy tutaj, w Olympii, w stanie Waszyngton, na konferencji kandydata do Senatu z ramienia Partii Demokratycznej Jima Douglasa. Właśnie na niej ma on oficjalnie podjąć walkę przeciw niezwykle popularnemu Republikaninowi - Senatorowi Harry'emu Dirtowi. Jego agent przekazał nam również informację o rzekomym przybyciu tajemniczego gościa Douglasa. Uuuu, tajemnica! - ech, znowu ta idiotka z Foxa... Chwila, jak jej było? Tricia Watson? Może. Ogólnie chyba ją przeleciałem kilka lat temu... Ale się zeszmaciła! Znaczy sprawaciła... w sumie to to samo. 

- My fellow Americans, bardzo się cieszę, że tylu tu państwa przybyło - Jim był jak w swoim żywiole. Chyba wdał się we mnie - Uważam, że nasz kraj potrzebuje zmian. Zmian, których nie dadzą wam konserwatyści! Ostatnio tyle się słyszy o strzelaninach w naszym wspaniałym kraju. A kto głównie oponuje za tym, żeby utrzymać odpowiednie zapisy w Konstytucji? Właśnie oni! Republikanie! Chcecie, żeby wasze dzieci bawiły się spokojnie na świeżym powietrzu, czy może raczej ginęły, wystrzeliwane jak kaczki, przez szaleńców, którzy mogą swobodnie kupować broń? A dzięki komu ją kupują? Dzięki National Rifle Association, które przecież jest zapleczem Republikanów. Przypomnijcie mi, kim jest senator Dirt? Oprócz tego, że jest starym, skostniałym złodziejem, który tylko i wyłącznie pobiera pieniądze podatników, wasze pieniądze, nie robiąc nic poza blokowaniem ustaw mogących zmienić ten kraj na lepsze. Wybór należy do was. Ameryka liczy na wasze głosy.

    Wow, nieźle synku - pomyślałem. Czułem, że mimo wszystko to może się udać. Jeśli pojedziemy po Dircie, pojedziemy po Republikanach, czyli także po prezydencie, który chciał nas zabić tak by the way.
- Amerykanie. Atakuję Republikanów, to prawda. Ale wiedzcie, że kłamca siedzi w Washington D.C.! Prezydent Hobart jest kłamcą! A dowodem na to mocne, przyznaję, oskarżenie są moi goście...
SHOWTIME, BITCHES
- Dwaj byli prezydenci, którzy mieli zginąć w katastrofie lotniczej: Robert Kerr i, mój tata, Matt Douglas!
Troszkę szok? Hej, babciu, słabo się zrobiło? Wyglądasz jakbyś widziała ducha! W sumie, często nie widzisz zmartwychwstałych prezydentów. Choć żyliśmy. Taaak, to nie jest normalne. Jim! Co ty robisz?! Czemu podajesz mi ten mikrofon?! Czy cię poje...
- Tak Amerykanie, we're back! - zacząłem - Nie rozumiem faktu, dlaczego prezydent Hobart stwierdził, iż zginęliśmy. Czy wiemy zbyt dużo? Być może. Czy byliśmy niewygodni? Zapewne. Czy chciał się nas pozbyć? Nie boję się tego powiedzieć - tak! Proszę państwa, to miał być zamach. Zamach, który przygotował prezydent Hobart i jego administracja. Dzięki Bogu, Opatrzność nas tchnęła i w porę kazaliśmy pilotom wylądować, chwilę później śmigłowiec odleciał. My przeżyliśmy, oni nie. Jednak to nie jest jedynym powodem, dla którego można postawić prezydenta w stan impeachmentu. Nie możemy na razie go zdradzić, ale uwierzcie państwo, że wiemy doskonale na co się porywamy i co robimy.
 Poczułem szturchnięcie. To był Jim:
- Hej, nie zapomniałeś o czymś?
- Co? Aha - i z powrotem do mikrofonu - Czas na zmiany, możemy to zrobić: RAZEM! Wybierzcie nowego senatora, my zrobimy porządek w Białym Domu! Pomożecie?!
- Pomożemy! - krzyknął tłum.
***
Jechaliśmy do apartamentu Jima, gdy zadzwonił jago telefon.
- Siema łajzo. No, mhm... Taaa, jasne. Chyba cię ktoś zorał. Dupa cię nie boli? Haha, dobra. Jasne, spoko. No nara.
- Taaa, rozmowa na poziomie, synu. Kto to był? - ależ ja jestem ciekawski.
- Antoine Chereçion, mój przyjaciel.
- To czemu do cholery pytałeś go czemu boli go dupa?! - wtrącił Kerr. - Jesteś gejem, czy co?!
- Ja nie, on tak. Masz jakiś problem dziadku?!
- Hej, hej, spokojnie, bo się pozabijacie! Czego chciał? - próbowałem załagodzić sytuację.
- Wiecie, Tony, bo tak go nazywam, ma swój program na kanale 5, czekaj, jak to się nazywa... Aha Ring of Fire, chce z nami wszystkimi przeprowadzić wywiad.
- Ja nie idę do jakiegoś gejowskiego programu! Jeszcze każe nam się przebrać jak YMCA i chclastać się po tyłkach - nie ma mowy!
- Och Robert, ogarnij. Idziemy! - zadecydowałem.



Ogłoszenia parafialne
Jest mi niezmiernie miło poinformować, że zostałem nominowany do nagrody THE VERSATILE BLOGGER. Za nominację dziękuję mojej blogo-siostrze (haha :D) MeGosi.
Każdy nominowany blogger powinien:
- podziękować nominującemu na jego blogu
- pokazać nagrodę Versatile Blogger u siebie
- ujawnić 7 faktów dotyczących samych siebie
- nominować 10 blogów (nominuję tylko 2 zaprzyjaźnione z moim, które i tak już są nominowane hehe)
- poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów.
O mnie:
  • W czerwcu skończę 18 lat.
  • Uwielbiam GLEE i BTR.
  • Jeszcze w zeszłym roku za swych ulubionych wykonawców uznałem CHER i Johnny'ego Casha.
  • Odwiedziłem 20 krajów (21 jeśli uważasz, że Palestyna to kraj - ja nie).
  • Chodzę do klasy o profilu europejsko-prawnym.
  • Gdy wezmę tabletkę przeciwbólową typu Ibuprom, staję się bardzo gadatliwy - czasem aż tak, że nikt nie może mnie powstrzymać.
  • Interesuję się historią i kulturą USA.
Nominowani:
        *Forever
        *on my way to wonderland

czwartek, 31 stycznia 2013

Rozdział IX

-Szanowni Państwo. Dziś mija 10 dni od katastrofy śmigłowca, w której rzekomo zginęli byli prezydenci: Robert Kerr i Matthew Douglas. 10 dni, lecz ciał nie zanaleziono. Rozumiem, że las utrudnia poszukiwania, ale to już wymyka się spod kontroli. Gdy mój mąż opuszczał urząd po 8 latach nikt nie planował usunięcia go - dlaczego o tym mówię? Dlaczego stwierdzam, że był to zamach? Dlaczego? Bo w wielu miejscach widziano dwóch mężczyzn uderzająco podobnych do byłych prezydentów. Obywatele! Apeluję do Was, abyście coś z tym zrobili! Wy jesteście siłą tego narodu! Trzeba się dowiedzieć o co chodzi z Aurelią! Prezydencie Hobart! Co się dzieje z pańskimi poprzednikami?!
Takiego apelu się niespodziewałem. Była Pierwsza Dama Grace Nadine Vanderbilt-Anderson wystąpiła w naszej obronie. Z chęcią bym jej osobiście podziękować, ale... byliśmy w ciemnej dupie. Dokładniej Zanesville w stanie Ohio. Mieliśmy jechać do Limy, Ohio, gdzie stała biblioteka Kerra (co było dość dziwne, szczególnie, że urodził się w Kokomo w Indianie - no cóż, podatki i sknera, ech), ale wpadliśmy na Secret Service. Dzięki Bogu było ciemno, prostytutki wyszły na ulice, a te pały się puściły za jakąś cycoliną. Bywa.
                                                                   ***
April Rhodes. To kokietka! 23-letnia damulka, taka, tego, no...
-Wiesz Robert, muszę ci się przyznać. Niezwykle mi zaimponowała...
-Spałeś z nią.
-Eee, noo... Cholera, skąd wiesz?!
-Proszę cię, w tym motelu dzieliła nas cieńka dykta. Słyszałem te "Oooo, aaaa, uuu" i inne samogłoski.
-Świnia, po prostu cham i prostak! Łączy nas takie wspaniałe uczucie, że nigdy jej nie skrzywdzę - więc nigdy więcej już do niej nie zadzwonię.
-Świetnie. Prawdziwy romantyk
                                                                    ***
Jeszcze przed naszym "wypadkiem", Robert był umówiony na odczyt dotyczący jego prezydentury w liceum w Bellefontaine w Ohio. Wyruszyliśmy tam autobusem, nawiasem niezbyt nowoczesnym, no ale cóż, jaki stan, takie autobusy. Dyrektor Jack Aaronson był nieźle zaskoczony, że widzi Kerra żywego. -Suprise, bitches - cisnęło się na usta.
Ja tymczasem postanowiłem się rozejrzeć po szkole. Tak się rozglądałem, że trafiłem na boisko, dokładnie na niewielki, zacieniony placyk, tuż przy śmietniku. Stał tam pewien chłopak, zapewne trzecioklasista. Zaszedłem go od tyłu:
-Siema młody!
-Ja pierd... Znaczy, co jest?! - chyba go przestraszyłem.
-Wyluzuj. Szlugi czy Marysia?
-Nie wiem o czym Pan mówi!
-Oj przestań, dobrze wiem o twoich znajomych: Mary, Juan, Anna (Marijuana dla nieogarniających). Kopsnij jointa.
-Chwila, czy Pan nie był Prezydentem?!
-Taa, ale liberalnym. Dobra, weź nie świruj, chill out dzieciak.
No i się z nim upaliłem. Tylko w ten sposób mogłem do niego dotrzeć. Nie żebym mu chciał pomóc, czy coś! Wyglądam na dobrego samarytanina?! Bez jaj! Chciałem tylko się dowiedzieć, gdzie tu mają ten swój szkolny teatr, o którym czytałem w jakimś regionalnym szmatławcu. Jako, że jestem wspaniały i w ogóle och! ach!, to mnie do niego zaprowadził. Kazałem mu stanąć na czatach, ja zaś podwędziłem ich jakieś ubrania, wąsy, klej charakteryzatorski, sztuczne nosy itd. Kiedy Robert skończył wreszcie ględzić jaki to on był zajebisty, kazałem mu się łaskawie przebrać. Wyszło na to, że zostaliśmy mariachi. Ja nie wyglądałem jak bożyszcze nastoletnich zdzir, ale on i jego groteskowe ¡Por favor! byli jeszcze lepsi. Z takim wyglądem udaliśmy się na lotnisko w Columbus, na lot American Airlines do Limy.
                                                                   ***
Miała być Lima, a Limy ni ma! Pomyliliśmy samoloty! Wsiadliśmy do lotu do Olympii, stolicy mojego rodzinnego stanu Waszyngton. W sumie to nie było tak źle. Chodząc po jej ulicach, wspominałem czasy, gdy miałem tu swoją siedzibę jako gubernator. Pamiętam, że raz spotkałem Kurta Cobaina, który pisał te swoje pioseneczki na tą płytę, jak jej tam było? Eee... Nevermind. Nagle, w West Bay Park:
-Tata?!
-Jim?! Co za spotkanie! - no tak, znowu popłynąłem. Ale hej, czy wy byście się nie podjarali faktem spotkania syna, którego dłuższy czas nie widzieliście? I poszliśmy na kawę, do Starbucksa. Tam trochę pogadaliśmy, o przeszłości i o przyszłości:
-Jimmy, opowiadaj, co teraz robisz?
-Teraz gadam z Tobą, hehe, ale wiesz, 4 lata temu załapałem się jak wiesz na reprezentanta hrabstwa Jefferson do stanowej Izby Reprezentantów. Ale kurde, jestem ambitny, przystojny...
-...skromny... - wrzuciłem.
-...i ogólnie zajebisty i wiem, że będe zajebistym senatorem!
-Eee... Stanowym, tak?
-Posrało cię ojciec?! Z tymi frajerami mam siedzieć?! Weź ogarnij! Movin' up to D.C.!
-Tej, no luz, spoko. Fajnie, że masz takie ambicje. Komu ty tam musisz tylko się przeciwstawić?
-No ogólnie to jest ok, bo muszę się zmierzyć z senatorem Harrym Dirtem, wiesz, tą republikańską dupodajką. A partyjne próchno od nas się nawet nie pisało na kandydoawnie z nim, bo podobno "ma taką silną pozycję, ja zostanę tutaj, przysłużę się stanowi" ble-ble-ble, sra-ta-ta-ta. Wiem, że może porywam się z motyką na Słońce, ale wiem też, że trzeba dać szansę młodszym. Heloł, jestem tym młodszym, za 2 tyogdnie skończę trzydziestkę - minimum na senatora!
-Wiem, wiem, pamiętam, ech, mama i ja byliśmy tacy szczęśliwi. Cóż, teraz też jesteśmy, bo po rozwodzie.
-Super, znam tę śpiewkę... To co? Poprzesz moją kandydaturę?

niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział VIII

Błądziliśmy tak już chyba cztery godziny - szwędaliśmy się po jakimś lesie, nad rankiem dotarliśmy do jakby... osady? Tak, to chyba dobre słowo. A więc, dotarliśmy do pewnej osady - porozstawiane namioty, jakieś wozy. Wszystko to wyglądało jak z historycznej groteski. W jednej chwili spostrzegłem bóstwo - kobietę, która i wyglądem, i głosem powodowała, że rzesza ludzi padała przed nią na kolana i szła za nią prosto w ogień - ja też.
-Cher? Boże Święty, co ty tu robisz? - zapytałem nieźle zszkowany.
-Prezydent Douglas? A może raczej powinnam powiedziać Matty? - odparła z typową dla siebie zalotnością w głosie - Po prostu odwiedzam swoich Cyganów, włóczęgów i złodziei.  A ty, przepraszam, co robisz z tym republikańskim pajacem?
-Hej! Wypraszam sobie, ty silikonowa lampucero! - odfuknął Robert.
-Nie przejmuj się nim, wypierdzieliłem go z pociągu - stwierdziłem.
-O Chryste... No cóż, wybieracie się gdzieś konkretnie? Ja i Retta wybieramy się do miasta - powiedziała moja cudna, choć faktycznie troszkę zretuszowana Cher.
-Wiesz, chętnie się wybierzemy.
W drodze do miasteczka jakimś podstarzałym Chevroletem Luminą APV, rozmawialiśmy z naszą wspaniałą piosenkarką o różnych rzeczach, między innymi o polityce:
-Wiesz, nie lubię go - stwierdzając pokazała na Kerra.
-A ja ciebie, liberalna, żeby nie powiedzieć lewicowa, lalko - odezwał się Robert.
-Wiesz, też za nim nie przepadam, ale może nie mówmy o tych sprawach, co?
-Matty, gdyby nie ty, ta małpa skasowałaby prawa kobiet!
-To pomówienie! - zaczął krzyczeć Kerr, użył też wielu niecenzuralnych słów, których lepiej nie publikować.
                                                                           ***
Wreszcie dojechaliśmy na stację benzynową. Zatankowaliśmy i poszliśmy coś zjeść - na szczęście przy stacji była jadłodajnia. Już płaciliśmy, gdy jakiś burak zaczął krzyczeć, że mu śpieszno, aż posunął się za daleko:
-Hej, rusz tą grubą dupę - krzyczął ten frajer. Trzeba dodać, że wyglądał jak stereotypowy Amerykanin, tj. gruby, we flanelowej koszuli i wieśniackich jeansach.
-Coś ty powiedział, palancie?! - wydarła się Cher - Ona tak nie wyglądała zawsze! Niedawno urodziła dziecko!
-Tak, dzięki, że mi przypomniałaś - odezwała się wreszcie raczej cicha Retta - urodziłam dziecko, które ważyło 9 funtów! Wiesz jak to jest wypchnąć z siebie taką masę?!
-A ty czemu się tak spasłeś?! - zapytał się Robert.
-No właśnie! Urodziłeś trojaczki?! - natychmiast dodałem.
Z jadłodajni wyszliśmy otoczeni owacjami na stojąco. Cher powiedziała, że wraca wraz z Rettą do osady, musi napisać jeszcze kilka piosenek na nową płytę. Spotkaliśmy się (znaczy Robert i ja) z pewną panią kierowcą ciężarówki. Troche czasu zajęło nam przekonanie jej, że nie jesteśmy naciągaczami, i że chcemy ptylko podwiezienia nas do jakiegoś większego miasta. Powiedziała, że jedzie do Cleveland - w sumie nie najgorzej. Postawiła jeden warunek - zegarek, który miał Kerr, stanie się jej własnością. Niechętnie, ale zgodził się. Potem żałował:
-Nie wierzę, są tylko dwa takie złote zegarki! Jeden ma książe Filip, drugi teraz należy do tego wieloryba! Co ty w ogóle przewozisz tym gruchotem?!
-Hej, ty się nie interesujesz co wiozę, ja zapominam o "wielorybie" - powiedziała.
                                                                         ***
Wczesną nocą, albo późnym wieczorem - jak kto woli - na naszą ciężarówkę spłynęła wielka światłość.
-Proszę się zatrzymać, tu śmigłowiec Urzędu Imigracyjnego - ozwała się "światłość".
-Jasna cholera! - krzyknęła "ciężarówka".
Zjechaliśmy na pobocze, wysiedliśmy, ona otworzyła chłodnię - wyleciała z niej masa Latynosów. W jednej chwili przyleciał drugi śmigłowiec.
-Proszę odlecieć, tu agenci Secret Service - przemówił "ten drugi".
-Hej, my tu jesteśmy na akcji! Sami odlećcie! - wypowiedział się helikopter Urzędu.
Ten drugi wysłał rakietę - urzędnicy odlecieli.
-Robert, zwijamy się! - uznałem.
-Ale co z moim zegarkiem?!
-Zapomnij o nim! Chodź!
Ukryliśmy się gdzieś w przejścio-tunelu-czymśtam. Razem z nami był też pewien młody Meksykanin.
-Zimno ci? Jak masz na imie? - zapytałem.
-Jestem Jorge, wiecie, jest chłodno - odparł dygoczący Latynos.
Postanowiłem mu dać moją marynarkę:
-Trzymaj.
-Gracias señor - odpowiedział - i ja mam dla pana prezent.
Wręczył mi coś na kształt zegarka-kompasu na czymś jak sznurek.
-Co to? - spytałem.
-Wiesz, to jest mój zegarek, pokazuje mi drogę do domu. To zabawne, to jest moja piąta podróż do Stanów i jest najlepsza! - zaśmiał się - A ten co tak nie mówi?
-Este bombeo es pequeña y es un idiota. Él no habla español. (On ma małego i jest idiotą. Nie mówi po hiszpańsku).
-Aaa, sí, sí. Su español es muy bueno. (Aaa, tak, tak. Pański hiszpański jest bardzo dobry). Hasta luego amigo. (Do zobaczenia przyjacielu).
I pobiegł.
-Jaki cudowny człowiek - wreszcie powiedziałem.
-Tak, tak. Aha, yo hablo español, polla. (Aha, mówię po hiszpańsku, kutasie).

niedziela, 9 grudnia 2012

Rozdział VII

-Ej, dobra, nie wiem co się dzieje, ale miałem być sam... Trudno moja strata - ja biore 50%, a wy się dzielcie między sobą - sobowtór Elvisa przemówił do mnie. Cóż, widać kibice lubią się bawić.
-Och, panowie, wiedziałam, że oprócz mnie, seksbomby wszechczasów, będzie Król Rock&Rolla, ale że przybędą dwaj prezydenci... Jestem mile zaskoczona! - pseudo-Marilyn mówiła to głosem tak seksownym, jakby śpiewała Happy Birthday prezydentowi Kennedy'emu.
-No wiesz, Marilyn, życie jest zbyt krótkie, by było zorganzowane - odparłem.
Jedziemy. Ja zagaduję jakąś dzierlatkę, Robert odwala swoje szoł, młodzież pije na umór, a agenci Secret Service się głowią gdzie jesteśmy. Panienka, z którą rozmawiałem, była na oko dwudziestopięciolatką z długimi, brązowymi włosami i piorunującymi, błękitnymi oczętami. Chwila... Brzmi znajomo!
-Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali? - spytałem.
-Nie, to raczej nie możliwe... Ale muszę się przyznać, że spiknęłam się kiedyś z prawdziwym prezydentem Douglasem, kiedy byłam na stażu studenckim w stolicy.
Cholera. Wiedziałem.
-Tak? No proszę, kiedy to było? Mnie przecież możesz powiedzieć - zaśmiałem się, puszczając oczko.
-Wiesz, w ostatnim roku jego prezydentury. Nigdy potem nie zadzwonił - może jakby się nie uganiał za dupami, to siedziałby dziś przy Pennsylvania Avenue.
-Być może tak... A tak na marginesie - jaki był? Hmm?
-Jakby to powiedzieć... Dużo gadał, mało robił - zaśmiała się. Suka.
Tymczasem, Robert rozmawiał z jakimś łysym gościem "przy kości" oraz jakąś babką - też niezbyt chudą.
-Nie jesteś prawdziwym Kerrem. On ma dłuższy nos! - stwierdził łysol.
-Doprawdy? No to żeś mnię rozszachował... - odparł "nieprawdziwy", choć prawdziwy Kerr, popijając przez słomkę soczek z kartonu.
-Tak, ale najgorsze były te jego przemówienia - "Nasze marzenia są jak nasze dzieci!", dawajmy im brukselkę i szpinak! - twierdził dalej Pan Łysawy.
I nagle trach! "Przez przypadek" Robert ścisnął kartonik tak, że sok wyleciał przez słomkę wprost na twarz łysego.
-Mój Boże, najmocniej przepraszam, mam ostatnio taki tik, cóż poradzić! - baaaardzo szczerze oznajmił Kerr.
-No, nic się nie stało. Starość, prawda? Taka starość jak beznadziejność polityki Kerra, hahaha! - szydził ten, na którego głowie wcale nie było oznak starości.  Czy to nie ironia?
I znów, trach! I znów sok na twarzy Łysola. I znów przeprosiny Kerra:
-No przepraszam Pana, pójdę zażyć tabletki, przepraszam.
W tym momencie zajechaliśmy na jakąś stację. Było ciemno, lecz niezbyt dostatecznie, by nie zauważyć agentów Secret Service stojących na peronie. Z ruchu warg można było odczytać coś w stylu: "Przeszukujemy od czoła pociągu. Toalety też. Mamy zezwolenie prezydenta Hobarta. Pamiętajcie: Trzy razy Z: znajdujemy, zabijamy, znikamy".
-Robert, choć, szybko! - wykrzyczałem do Kerra.
- Co? Czemu?!
-Na tej stacji wsiedli agenci - chcą nas zanihilować!
-Zanihilować? Kto tak mówi?!
-Zamknij się i choć na koniec pociągu!
-Dobra, dobra - zrezygnowanym głosem zgodził się Robert.
Przecisnęliśmy się przez kilka wagonów i dotarliśmy do tego ostatniego. Pociąg już jechał ze sporą prędkością, a niestety, do następnej stacji raczej blisko nie było. Trzeba było skakać:
-Robert, musimy skakać. Jako, że starszym się ustępuje, to proszę bardzo.
-Co?! Oszalałeś?! Nie skoczę! Nie chcę się zabić!
-Dobra, ja cię wypchnę, obiecuję ci, że spadniesz na miękką, zieloną trawę.
-Taaak? A kto ciebie wypchnie mądralo?! Nie jestem głupi!
-Wątp... Znaczy, nie martw się, walczyłem w Korei, nie wiem co to strach!
-To w Korei to była akcja policyjna.
-Spierdzielaj! - z tym radosnym akcentem wyrzuciłem Kerra z pociągu. I gdy sam miałem już skakać coś się we mnie zatkało - a jak mi się coś stanie? Jednak frajerzy z Secret Service wchodzili już do tego ostatniego wagonu, więc skoczyłem. Potem na jakieś 5 minut straciłem przytomność.
-Kerr? Gdzie jesteś? - wołałem.
-Jasna cholera! Moje kości! Obyś zdechł! Świnio! Nigdy więcej mnie nie wypychaj z pociągu! - ozwał się głos zza kępy trawy.
Słabeusz.

niedziela, 2 grudnia 2012

Rozdział VI

-Obywatelki i obywatele, rodacy. Dzisiejszej nocy straciliśmy dwie wybitne postacie najnowszej historii naszego kraju. Dwaj Prezydenci Stanów Zjednoczonych, Robert Kerr i Matthew Douglas, zginęli w katastrofie śmigłowca wojskowego. Polegli już po spełnieniu obywatelskiego obowiązku, po rządzeniu tym wspaniałym krajem... Naszym krajem... - łamiącym się głosem mówił Hobart, frajer nawet nie był dobrym aktorem, nie umiał udawać! - Jeszcze wczoraj wieczorem, gdy odlatywali z Camp David, gdzie rozmawialiśmy o gospodarce naszego kraju oraz o konflikcie na Bliskim Wschodzie, mówiłem, że wkrótce się znów spotkamy na obchodach Dnia Niepodległości. Pamiętam ich uśmiechy. Dziś wiem, że słowa pożegnania są ostatnimi znanymi ich słowami. Choć nie odnaleziono jeszcze ciał naszych Bohaterów, chcę przekazać szczere kondolencje Rodzinom i Przyjaciołom.
Jakie to było słabe! Po prostu nie wierzyłem w to co słyszałem.
-Zakłamana wesz! Podśmierdująca żmija! Trzęsąca się kupa gówna! Zabiję go! - grzmiał Kerr.
-Poużywaj sobie, poużywaj, póki nie ma mojego wnuka - powiedziała Valerie - Abe wziął go do Waszyngtonu, pokazać co i jak. Logan to takie dobre, mądre dziecko. Jak na 9-ciolatka jest bardzo inteligentny. O wilku mowa!
Otworzyły się białe drzwi wejściowe, wpadł przez nie chłopiec o ciemnych włosach i takich okularach, jak kiedyś nosił John Lennon. Za nim wszedł starszy mężczyzna o włosach tylko po bokach:
-Logan, wykończyłeś mnie! I nie wytłumaczyłeś mi czym jest ten cały SWAG... - tak to z pewnością był Abel.
-Dziadku, nie wytłumaczę ci co to SWAG - musisz to po prostu mieć! - tak, on kiedyś będzie sławny.
-Tak, tak, dobra, ale... Matt? Kerr? Przecież wy... Val co jest?!
-Abe, przyjacielu, widzisz, przemówienie Hobarta to jedno z tych republikańskich kłamstw - przerwałem mu.
-Ej, wypraszam to sobie! My, znaczy prawdziwi Republikanie, nie kłamiemy!
-Dobra, dobra, Robercie. Niech ci będzie, nie mam ochoty się już nawet z tobą kłócić. Słuchaj Abe, Hobart chciał nas zabić, musimy się dostać do Waszyngtonu jak najszybciej, rozumiesz.
-Matt, wiesz, że jesteś moim przyjacielem. Znamy się już z 40 lat, jak mógłbym ci odmówić? Podwiozę was do dworca kolejowego, bo wiesz, Secret Service na pewno zna moje numery rejestracyjne. Pociąg jedzie do Winchester w Wirginii, stamtąd już niedaleko do stolicy.
Wieczorem już byliśmy na dworcu. Na torze przy peronie pierwszym stał nasz pociąg, weszliśmy jeszcze do toalety - tak na wszelki wypadek. Tam spotkaliśmy Elvisa... Chwila, przecież on umarł 21 lat temu! Aha, dobra, to sobowtór. Marilyn Monroe?! Co się dzieje?!
-Do boju Pantery!!! - krzyk młodzieży zadziwił nas. Kibice Carolina Panthers jechali z nami... Mówiłem już, że jechaliśmy przez Charlotte?

środa, 14 listopada 2012

Rozdział V

Szliśmy może jakieś półtorej godziny, ale było ciemno, więc uznaliśmy, że trzeba iść spać - potrzebne nam były siły, żeby zdemaskowa Hobarta. Obudziły mnie promienie słoneczne przedzierające się przez gęsto porośnięte igliwiem gałęzie drzew.
-Robert, hej Robert... Nixon tu jest!
-Co? Gdzie? Jak?
-Nigdzie, no przecież nie żyje 4 lata, ogarnij się, to był jedyny sposób, żebyś się obudził! Idziemy, dalej, dalej, ruchy!
-No dobra... A nie bolą cię plecy po tym spaniu na igliwiu?
-Wiesz, trochę tak, czuje jakby mi te cholerstwo powchodziło w tyłek. A co, ciebie też?
-Mnie? Nie. Idziemy Matt, stary pierdzielu.
Dupek. Ale byłem na niego skazany. Po jakiejś godzinie doszliśmy na skraj Hendersonville. Weszliśmy do pierwszej lepszej knajpy. Oczywiście, pierwsze co zrobiliśmy, jak to prawdziwi faceci (przynajmniej ja) skierowaliśmy się do WC. Dziwnym przypadkiem odczuwałem tylko parcie na "jedyneczkę" [sic!]; były trzy pisuary - kodeks pisuarowy wymaga zajęcia tego na skrajnej flance - ja zająłem lewy, Kerr prawy. Chwilę po nas, do toalety wszedł się jakiś gość, który natychmiast skierował się do tego środkowego. Szybko się spostrzegł obok kogo stoi:
-Och, Pan Prezydent... I Pan Prezydent, jestem zaszczycony!
Wyciągnął rękę, żeby mi podać - chyba był demokratą - ale niestety, byłem zajęty:
-Uścisnąłbym Panu rękę z wielką chęcią, jednak jak Pan widzi, trzymam Pierwszego Członka Ameryki, przykro mi.
-Eee, no tak, cóż... Bardzo mi było miło.
Albo miał pęcherz jak orzeszek, albo coś w stylu zapalenia prostaty, bo szybciutko się zmył.
-"Pierwszy Członek Ameryki", really?! - zapytał Kerr.
-No tak, a co, mam mówić na Niego "Willie", "Mały Matty", czy jak?!
-Chryste, a musisz na niego mówić jakoś?
-To, że ty jesteś pozbawiony uczuć i nie umiesz ich okazywać nawet sobie, to już nie moja wina.
-Dobra, dobra, i tak wygrałem. Ale patrz, co za świnia, nawet nie umył rąk!
Prostak. Gdy wychodziliśmy z toalety, oczywiście po umyciu rąk (!), zaczęło mi burczeć w brzuchu. Chciałem już coś kupić, gdy nagle:
-Ej, Matt, czy to nie jest Abe Henderson? - wykrzyknął Robert, pokazując palcem na portret jakiegoś gościa na ścianie knajpy.
-Chyba tak... No pewnie, to stary Abe, przecież jest senatorem stąd, z Karoliny Północnej! Zadzwonię do niego, spytam czy możemy wpaść.
-Oszalałeś? Przecież FBI zaraz namierzy nasze komórki i ogarną, że żyjemy!
-Masz rację, wprosimy się najwyżej, ale... - w tym momencie spojrzałem na telewizor umieszczony w górnym, lewym rogu sali, tuż nad kasą, obok półki z alkoholami - Spójrz! To chyba o nas.
Prezenterka Fox News, niezbyt łądna, bodaj czterdziesto-, czterdziestopięcioletnia, mówiła coś łamiącym się głosem, poprosiłem, żeby gość stojący za kasą zrobił głośniej, wtedy się zaczeło:
-Wczoraj, w godzinach wieczornych rozbił się śmigłowiec rządowy, na pokładzie którego znajdowali się byli prezydenci Stanów Zjednoczonych: Robert N. Kerr i Matthew H. Douglas. Ciał prezydentów jeszcze nie odnaleziono. O sprawie powie więcej ppłk Peter Trubblins, szef oddziału Secret Service ds. byłych prezydentów.
-Na pokładzie statku powietrznego wybuchł najprawdopodobniej pożar, helikopter rozbił się o ziemię, ścinając przy tym kilka drzew. Akcja poszukiwawcza ciał prezydentów trwa. Na razie wykluczamy prawdopodobieństwo zamachu terrorystycznego.
-Prezydent William Hobart ma wydać oświadczenie nt. katastrofy około południa - dopowiedziała na koniec spikerka.
-Złamasy, sklonowane owce, buraki w garniturkach! Chcieli nas zarżnąć, a wygadują, że nie było zamachu terrorystycznego?! Przecież terroryści siędzą w Białym Domu! Co się tu do cholery dzieje?! - krzyczał Robert. Nie dziwiłem mu się, przecież sam byłem nieźle wnerwiony.
-Kerr, choć, zmywamy się. Jak odkryją, że żyjemy będą chcieli nas jak najszybciej dorwać! Musimy dostać się do Hendersonów i obmyślić jakiś plan dotarcia do Waszyngtonu.
-Tak, masz rację. Ale Hobartowi nie popuszczę! A jak spotkam Trubblinsa, to chyba odgryzę mu jego stalowe jajca!
I to ja jestem liberałem...
Na szczęście wiedziałem, gdzie mieszka Abe z żoną, byłem tam częstym gościem w czasie kampań wyborczych - ich dom jest świetnym punktem wypadowym do okolicznych stanów. Na ich ganku staliśmy już jakieś 20 minut po ogłoszeniu, że nie żyjemy. Zadzwoniłem do drzwi - otworzyła mi ubrana w czarny żakiet kobieta.
-Valerie, witaj, muszę wejść, choć nie sam, jest ze mną Robert Kerr.
-Co? Matt? Ty żyjesz? Ale w telewizji podawali, że zginęliście wczoraj!
-Oglądasz Fox News? Myślałem, że stać cię na więcej...
-Fox News, oszalałeś chyba! To już jest wszędzie: ABC, NBC, CBS, nawet na CNN.
-Cholera, to nie dobrze.
Weszliśmy, mieliśmy poczekać na Abe'a, akurat wracał do domu z posiedzenia Kongresu. Mieliśmy trochę czasu na obmyślenie planu, choć przerwało nam przemówienie Hobarta.