niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział VIII

Błądziliśmy tak już chyba cztery godziny - szwędaliśmy się po jakimś lesie, nad rankiem dotarliśmy do jakby... osady? Tak, to chyba dobre słowo. A więc, dotarliśmy do pewnej osady - porozstawiane namioty, jakieś wozy. Wszystko to wyglądało jak z historycznej groteski. W jednej chwili spostrzegłem bóstwo - kobietę, która i wyglądem, i głosem powodowała, że rzesza ludzi padała przed nią na kolana i szła za nią prosto w ogień - ja też.
-Cher? Boże Święty, co ty tu robisz? - zapytałem nieźle zszkowany.
-Prezydent Douglas? A może raczej powinnam powiedziać Matty? - odparła z typową dla siebie zalotnością w głosie - Po prostu odwiedzam swoich Cyganów, włóczęgów i złodziei.  A ty, przepraszam, co robisz z tym republikańskim pajacem?
-Hej! Wypraszam sobie, ty silikonowa lampucero! - odfuknął Robert.
-Nie przejmuj się nim, wypierdzieliłem go z pociągu - stwierdziłem.
-O Chryste... No cóż, wybieracie się gdzieś konkretnie? Ja i Retta wybieramy się do miasta - powiedziała moja cudna, choć faktycznie troszkę zretuszowana Cher.
-Wiesz, chętnie się wybierzemy.
W drodze do miasteczka jakimś podstarzałym Chevroletem Luminą APV, rozmawialiśmy z naszą wspaniałą piosenkarką o różnych rzeczach, między innymi o polityce:
-Wiesz, nie lubię go - stwierdzając pokazała na Kerra.
-A ja ciebie, liberalna, żeby nie powiedzieć lewicowa, lalko - odezwał się Robert.
-Wiesz, też za nim nie przepadam, ale może nie mówmy o tych sprawach, co?
-Matty, gdyby nie ty, ta małpa skasowałaby prawa kobiet!
-To pomówienie! - zaczął krzyczeć Kerr, użył też wielu niecenzuralnych słów, których lepiej nie publikować.
                                                                           ***
Wreszcie dojechaliśmy na stację benzynową. Zatankowaliśmy i poszliśmy coś zjeść - na szczęście przy stacji była jadłodajnia. Już płaciliśmy, gdy jakiś burak zaczął krzyczeć, że mu śpieszno, aż posunął się za daleko:
-Hej, rusz tą grubą dupę - krzyczął ten frajer. Trzeba dodać, że wyglądał jak stereotypowy Amerykanin, tj. gruby, we flanelowej koszuli i wieśniackich jeansach.
-Coś ty powiedział, palancie?! - wydarła się Cher - Ona tak nie wyglądała zawsze! Niedawno urodziła dziecko!
-Tak, dzięki, że mi przypomniałaś - odezwała się wreszcie raczej cicha Retta - urodziłam dziecko, które ważyło 9 funtów! Wiesz jak to jest wypchnąć z siebie taką masę?!
-A ty czemu się tak spasłeś?! - zapytał się Robert.
-No właśnie! Urodziłeś trojaczki?! - natychmiast dodałem.
Z jadłodajni wyszliśmy otoczeni owacjami na stojąco. Cher powiedziała, że wraca wraz z Rettą do osady, musi napisać jeszcze kilka piosenek na nową płytę. Spotkaliśmy się (znaczy Robert i ja) z pewną panią kierowcą ciężarówki. Troche czasu zajęło nam przekonanie jej, że nie jesteśmy naciągaczami, i że chcemy ptylko podwiezienia nas do jakiegoś większego miasta. Powiedziała, że jedzie do Cleveland - w sumie nie najgorzej. Postawiła jeden warunek - zegarek, który miał Kerr, stanie się jej własnością. Niechętnie, ale zgodził się. Potem żałował:
-Nie wierzę, są tylko dwa takie złote zegarki! Jeden ma książe Filip, drugi teraz należy do tego wieloryba! Co ty w ogóle przewozisz tym gruchotem?!
-Hej, ty się nie interesujesz co wiozę, ja zapominam o "wielorybie" - powiedziała.
                                                                         ***
Wczesną nocą, albo późnym wieczorem - jak kto woli - na naszą ciężarówkę spłynęła wielka światłość.
-Proszę się zatrzymać, tu śmigłowiec Urzędu Imigracyjnego - ozwała się "światłość".
-Jasna cholera! - krzyknęła "ciężarówka".
Zjechaliśmy na pobocze, wysiedliśmy, ona otworzyła chłodnię - wyleciała z niej masa Latynosów. W jednej chwili przyleciał drugi śmigłowiec.
-Proszę odlecieć, tu agenci Secret Service - przemówił "ten drugi".
-Hej, my tu jesteśmy na akcji! Sami odlećcie! - wypowiedział się helikopter Urzędu.
Ten drugi wysłał rakietę - urzędnicy odlecieli.
-Robert, zwijamy się! - uznałem.
-Ale co z moim zegarkiem?!
-Zapomnij o nim! Chodź!
Ukryliśmy się gdzieś w przejścio-tunelu-czymśtam. Razem z nami był też pewien młody Meksykanin.
-Zimno ci? Jak masz na imie? - zapytałem.
-Jestem Jorge, wiecie, jest chłodno - odparł dygoczący Latynos.
Postanowiłem mu dać moją marynarkę:
-Trzymaj.
-Gracias señor - odpowiedział - i ja mam dla pana prezent.
Wręczył mi coś na kształt zegarka-kompasu na czymś jak sznurek.
-Co to? - spytałem.
-Wiesz, to jest mój zegarek, pokazuje mi drogę do domu. To zabawne, to jest moja piąta podróż do Stanów i jest najlepsza! - zaśmiał się - A ten co tak nie mówi?
-Este bombeo es pequeña y es un idiota. Él no habla español. (On ma małego i jest idiotą. Nie mówi po hiszpańsku).
-Aaa, sí, sí. Su español es muy bueno. (Aaa, tak, tak. Pański hiszpański jest bardzo dobry). Hasta luego amigo. (Do zobaczenia przyjacielu).
I pobiegł.
-Jaki cudowny człowiek - wreszcie powiedziałem.
-Tak, tak. Aha, yo hablo español, polla. (Aha, mówię po hiszpańsku, kutasie).

2 komentarze: