niedziela, 9 grudnia 2012

Rozdział VII

-Ej, dobra, nie wiem co się dzieje, ale miałem być sam... Trudno moja strata - ja biore 50%, a wy się dzielcie między sobą - sobowtór Elvisa przemówił do mnie. Cóż, widać kibice lubią się bawić.
-Och, panowie, wiedziałam, że oprócz mnie, seksbomby wszechczasów, będzie Król Rock&Rolla, ale że przybędą dwaj prezydenci... Jestem mile zaskoczona! - pseudo-Marilyn mówiła to głosem tak seksownym, jakby śpiewała Happy Birthday prezydentowi Kennedy'emu.
-No wiesz, Marilyn, życie jest zbyt krótkie, by było zorganzowane - odparłem.
Jedziemy. Ja zagaduję jakąś dzierlatkę, Robert odwala swoje szoł, młodzież pije na umór, a agenci Secret Service się głowią gdzie jesteśmy. Panienka, z którą rozmawiałem, była na oko dwudziestopięciolatką z długimi, brązowymi włosami i piorunującymi, błękitnymi oczętami. Chwila... Brzmi znajomo!
-Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali? - spytałem.
-Nie, to raczej nie możliwe... Ale muszę się przyznać, że spiknęłam się kiedyś z prawdziwym prezydentem Douglasem, kiedy byłam na stażu studenckim w stolicy.
Cholera. Wiedziałem.
-Tak? No proszę, kiedy to było? Mnie przecież możesz powiedzieć - zaśmiałem się, puszczając oczko.
-Wiesz, w ostatnim roku jego prezydentury. Nigdy potem nie zadzwonił - może jakby się nie uganiał za dupami, to siedziałby dziś przy Pennsylvania Avenue.
-Być może tak... A tak na marginesie - jaki był? Hmm?
-Jakby to powiedzieć... Dużo gadał, mało robił - zaśmiała się. Suka.
Tymczasem, Robert rozmawiał z jakimś łysym gościem "przy kości" oraz jakąś babką - też niezbyt chudą.
-Nie jesteś prawdziwym Kerrem. On ma dłuższy nos! - stwierdził łysol.
-Doprawdy? No to żeś mnię rozszachował... - odparł "nieprawdziwy", choć prawdziwy Kerr, popijając przez słomkę soczek z kartonu.
-Tak, ale najgorsze były te jego przemówienia - "Nasze marzenia są jak nasze dzieci!", dawajmy im brukselkę i szpinak! - twierdził dalej Pan Łysawy.
I nagle trach! "Przez przypadek" Robert ścisnął kartonik tak, że sok wyleciał przez słomkę wprost na twarz łysego.
-Mój Boże, najmocniej przepraszam, mam ostatnio taki tik, cóż poradzić! - baaaardzo szczerze oznajmił Kerr.
-No, nic się nie stało. Starość, prawda? Taka starość jak beznadziejność polityki Kerra, hahaha! - szydził ten, na którego głowie wcale nie było oznak starości.  Czy to nie ironia?
I znów, trach! I znów sok na twarzy Łysola. I znów przeprosiny Kerra:
-No przepraszam Pana, pójdę zażyć tabletki, przepraszam.
W tym momencie zajechaliśmy na jakąś stację. Było ciemno, lecz niezbyt dostatecznie, by nie zauważyć agentów Secret Service stojących na peronie. Z ruchu warg można było odczytać coś w stylu: "Przeszukujemy od czoła pociągu. Toalety też. Mamy zezwolenie prezydenta Hobarta. Pamiętajcie: Trzy razy Z: znajdujemy, zabijamy, znikamy".
-Robert, choć, szybko! - wykrzyczałem do Kerra.
- Co? Czemu?!
-Na tej stacji wsiedli agenci - chcą nas zanihilować!
-Zanihilować? Kto tak mówi?!
-Zamknij się i choć na koniec pociągu!
-Dobra, dobra - zrezygnowanym głosem zgodził się Robert.
Przecisnęliśmy się przez kilka wagonów i dotarliśmy do tego ostatniego. Pociąg już jechał ze sporą prędkością, a niestety, do następnej stacji raczej blisko nie było. Trzeba było skakać:
-Robert, musimy skakać. Jako, że starszym się ustępuje, to proszę bardzo.
-Co?! Oszalałeś?! Nie skoczę! Nie chcę się zabić!
-Dobra, ja cię wypchnę, obiecuję ci, że spadniesz na miękką, zieloną trawę.
-Taaak? A kto ciebie wypchnie mądralo?! Nie jestem głupi!
-Wątp... Znaczy, nie martw się, walczyłem w Korei, nie wiem co to strach!
-To w Korei to była akcja policyjna.
-Spierdzielaj! - z tym radosnym akcentem wyrzuciłem Kerra z pociągu. I gdy sam miałem już skakać coś się we mnie zatkało - a jak mi się coś stanie? Jednak frajerzy z Secret Service wchodzili już do tego ostatniego wagonu, więc skoczyłem. Potem na jakieś 5 minut straciłem przytomność.
-Kerr? Gdzie jesteś? - wołałem.
-Jasna cholera! Moje kości! Obyś zdechł! Świnio! Nigdy więcej mnie nie wypychaj z pociągu! - ozwał się głos zza kępy trawy.
Słabeusz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz