środa, 14 listopada 2012

Rozdział V

Szliśmy może jakieś półtorej godziny, ale było ciemno, więc uznaliśmy, że trzeba iść spać - potrzebne nam były siły, żeby zdemaskowa Hobarta. Obudziły mnie promienie słoneczne przedzierające się przez gęsto porośnięte igliwiem gałęzie drzew.
-Robert, hej Robert... Nixon tu jest!
-Co? Gdzie? Jak?
-Nigdzie, no przecież nie żyje 4 lata, ogarnij się, to był jedyny sposób, żebyś się obudził! Idziemy, dalej, dalej, ruchy!
-No dobra... A nie bolą cię plecy po tym spaniu na igliwiu?
-Wiesz, trochę tak, czuje jakby mi te cholerstwo powchodziło w tyłek. A co, ciebie też?
-Mnie? Nie. Idziemy Matt, stary pierdzielu.
Dupek. Ale byłem na niego skazany. Po jakiejś godzinie doszliśmy na skraj Hendersonville. Weszliśmy do pierwszej lepszej knajpy. Oczywiście, pierwsze co zrobiliśmy, jak to prawdziwi faceci (przynajmniej ja) skierowaliśmy się do WC. Dziwnym przypadkiem odczuwałem tylko parcie na "jedyneczkę" [sic!]; były trzy pisuary - kodeks pisuarowy wymaga zajęcia tego na skrajnej flance - ja zająłem lewy, Kerr prawy. Chwilę po nas, do toalety wszedł się jakiś gość, który natychmiast skierował się do tego środkowego. Szybko się spostrzegł obok kogo stoi:
-Och, Pan Prezydent... I Pan Prezydent, jestem zaszczycony!
Wyciągnął rękę, żeby mi podać - chyba był demokratą - ale niestety, byłem zajęty:
-Uścisnąłbym Panu rękę z wielką chęcią, jednak jak Pan widzi, trzymam Pierwszego Członka Ameryki, przykro mi.
-Eee, no tak, cóż... Bardzo mi było miło.
Albo miał pęcherz jak orzeszek, albo coś w stylu zapalenia prostaty, bo szybciutko się zmył.
-"Pierwszy Członek Ameryki", really?! - zapytał Kerr.
-No tak, a co, mam mówić na Niego "Willie", "Mały Matty", czy jak?!
-Chryste, a musisz na niego mówić jakoś?
-To, że ty jesteś pozbawiony uczuć i nie umiesz ich okazywać nawet sobie, to już nie moja wina.
-Dobra, dobra, i tak wygrałem. Ale patrz, co za świnia, nawet nie umył rąk!
Prostak. Gdy wychodziliśmy z toalety, oczywiście po umyciu rąk (!), zaczęło mi burczeć w brzuchu. Chciałem już coś kupić, gdy nagle:
-Ej, Matt, czy to nie jest Abe Henderson? - wykrzyknął Robert, pokazując palcem na portret jakiegoś gościa na ścianie knajpy.
-Chyba tak... No pewnie, to stary Abe, przecież jest senatorem stąd, z Karoliny Północnej! Zadzwonię do niego, spytam czy możemy wpaść.
-Oszalałeś? Przecież FBI zaraz namierzy nasze komórki i ogarną, że żyjemy!
-Masz rację, wprosimy się najwyżej, ale... - w tym momencie spojrzałem na telewizor umieszczony w górnym, lewym rogu sali, tuż nad kasą, obok półki z alkoholami - Spójrz! To chyba o nas.
Prezenterka Fox News, niezbyt łądna, bodaj czterdziesto-, czterdziestopięcioletnia, mówiła coś łamiącym się głosem, poprosiłem, żeby gość stojący za kasą zrobił głośniej, wtedy się zaczeło:
-Wczoraj, w godzinach wieczornych rozbił się śmigłowiec rządowy, na pokładzie którego znajdowali się byli prezydenci Stanów Zjednoczonych: Robert N. Kerr i Matthew H. Douglas. Ciał prezydentów jeszcze nie odnaleziono. O sprawie powie więcej ppłk Peter Trubblins, szef oddziału Secret Service ds. byłych prezydentów.
-Na pokładzie statku powietrznego wybuchł najprawdopodobniej pożar, helikopter rozbił się o ziemię, ścinając przy tym kilka drzew. Akcja poszukiwawcza ciał prezydentów trwa. Na razie wykluczamy prawdopodobieństwo zamachu terrorystycznego.
-Prezydent William Hobart ma wydać oświadczenie nt. katastrofy około południa - dopowiedziała na koniec spikerka.
-Złamasy, sklonowane owce, buraki w garniturkach! Chcieli nas zarżnąć, a wygadują, że nie było zamachu terrorystycznego?! Przecież terroryści siędzą w Białym Domu! Co się tu do cholery dzieje?! - krzyczał Robert. Nie dziwiłem mu się, przecież sam byłem nieźle wnerwiony.
-Kerr, choć, zmywamy się. Jak odkryją, że żyjemy będą chcieli nas jak najszybciej dorwać! Musimy dostać się do Hendersonów i obmyślić jakiś plan dotarcia do Waszyngtonu.
-Tak, masz rację. Ale Hobartowi nie popuszczę! A jak spotkam Trubblinsa, to chyba odgryzę mu jego stalowe jajca!
I to ja jestem liberałem...
Na szczęście wiedziałem, gdzie mieszka Abe z żoną, byłem tam częstym gościem w czasie kampań wyborczych - ich dom jest świetnym punktem wypadowym do okolicznych stanów. Na ich ganku staliśmy już jakieś 20 minut po ogłoszeniu, że nie żyjemy. Zadzwoniłem do drzwi - otworzyła mi ubrana w czarny żakiet kobieta.
-Valerie, witaj, muszę wejść, choć nie sam, jest ze mną Robert Kerr.
-Co? Matt? Ty żyjesz? Ale w telewizji podawali, że zginęliście wczoraj!
-Oglądasz Fox News? Myślałem, że stać cię na więcej...
-Fox News, oszalałeś chyba! To już jest wszędzie: ABC, NBC, CBS, nawet na CNN.
-Cholera, to nie dobrze.
Weszliśmy, mieliśmy poczekać na Abe'a, akurat wracał do domu z posiedzenia Kongresu. Mieliśmy trochę czasu na obmyślenie planu, choć przerwało nam przemówienie Hobarta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz