Szliśmy może jakieś półtorej godziny, ale było ciemno, więc uznaliśmy, że trzeba iść spać - potrzebne nam były siły, żeby zdemaskowa Hobarta. Obudziły mnie promienie słoneczne przedzierające się przez gęsto porośnięte igliwiem gałęzie drzew.
-Robert, hej Robert... Nixon tu jest!
-Co? Gdzie? Jak?
-Nigdzie, no przecież nie żyje 4 lata, ogarnij się, to był jedyny sposób, żebyś się obudził! Idziemy, dalej, dalej, ruchy!
-No dobra... A nie bolą cię plecy po tym spaniu na igliwiu?
-Wiesz, trochę tak, czuje jakby mi te cholerstwo powchodziło w tyłek. A co, ciebie też?
-Mnie? Nie. Idziemy Matt, stary pierdzielu.
Dupek. Ale byłem na niego skazany. Po jakiejś godzinie doszliśmy na skraj Hendersonville. Weszliśmy do pierwszej lepszej knajpy. Oczywiście, pierwsze co zrobiliśmy, jak to prawdziwi faceci (przynajmniej ja) skierowaliśmy się do WC. Dziwnym przypadkiem odczuwałem tylko parcie na "jedyneczkę" [sic!]; były trzy pisuary - kodeks pisuarowy wymaga zajęcia tego na skrajnej flance - ja zająłem lewy, Kerr prawy. Chwilę po nas, do toalety wszedł się jakiś gość, który natychmiast skierował się do tego środkowego. Szybko się spostrzegł obok kogo stoi:
-Och, Pan Prezydent... I Pan Prezydent, jestem zaszczycony!
Wyciągnął rękę, żeby mi podać - chyba był demokratą - ale niestety, byłem zajęty:
-Uścisnąłbym Panu rękę z wielką chęcią, jednak jak Pan widzi, trzymam Pierwszego Członka Ameryki, przykro mi.
-Eee, no tak, cóż... Bardzo mi było miło.
Albo miał pęcherz jak orzeszek, albo coś w stylu zapalenia prostaty, bo szybciutko się zmył.
-"Pierwszy Członek Ameryki", really?! - zapytał Kerr.
-No tak, a co, mam mówić na Niego "Willie", "Mały Matty", czy jak?!
-Chryste, a musisz na niego mówić jakoś?
-To, że ty jesteś pozbawiony uczuć i nie umiesz ich okazywać nawet sobie, to już nie moja wina.
-Dobra, dobra, i tak wygrałem. Ale patrz, co za świnia, nawet nie umył rąk!
Prostak. Gdy wychodziliśmy z toalety, oczywiście po umyciu rąk (!), zaczęło mi burczeć w brzuchu. Chciałem już coś kupić, gdy nagle:
-Ej, Matt, czy to nie jest Abe Henderson? - wykrzyknął Robert, pokazując palcem na portret jakiegoś gościa na ścianie knajpy.
-Chyba tak... No pewnie, to stary Abe, przecież jest senatorem stąd, z Karoliny Północnej! Zadzwonię do niego, spytam czy możemy wpaść.
-Oszalałeś? Przecież FBI zaraz namierzy nasze komórki i ogarną, że żyjemy!
-Masz rację, wprosimy się najwyżej, ale... - w tym momencie spojrzałem na telewizor umieszczony w górnym, lewym rogu sali, tuż nad kasą, obok półki z alkoholami - Spójrz! To chyba o nas.
Prezenterka Fox News, niezbyt łądna, bodaj czterdziesto-, czterdziestopięcioletnia, mówiła coś łamiącym się głosem, poprosiłem, żeby gość stojący za kasą zrobił głośniej, wtedy się zaczeło:
-Wczoraj, w godzinach wieczornych rozbił się śmigłowiec rządowy, na pokładzie którego znajdowali się byli prezydenci Stanów Zjednoczonych: Robert N. Kerr i Matthew H. Douglas. Ciał prezydentów jeszcze nie odnaleziono. O sprawie powie więcej ppłk Peter Trubblins, szef oddziału Secret Service ds. byłych prezydentów.
-Na pokładzie statku powietrznego wybuchł najprawdopodobniej pożar, helikopter rozbił się o ziemię, ścinając przy tym kilka drzew. Akcja poszukiwawcza ciał prezydentów trwa. Na razie wykluczamy prawdopodobieństwo zamachu terrorystycznego.
-Prezydent William Hobart ma wydać oświadczenie nt. katastrofy około południa - dopowiedziała na koniec spikerka.
-Złamasy, sklonowane owce, buraki w garniturkach! Chcieli nas zarżnąć, a wygadują, że nie było zamachu terrorystycznego?! Przecież terroryści siędzą w Białym Domu! Co się tu do cholery dzieje?! - krzyczał Robert. Nie dziwiłem mu się, przecież sam byłem nieźle wnerwiony.
-Kerr, choć, zmywamy się. Jak odkryją, że żyjemy będą chcieli nas jak najszybciej dorwać! Musimy dostać się do Hendersonów i obmyślić jakiś plan dotarcia do Waszyngtonu.
-Tak, masz rację. Ale Hobartowi nie popuszczę! A jak spotkam Trubblinsa, to chyba odgryzę mu jego stalowe jajca!
I to ja jestem liberałem...
Na szczęście wiedziałem, gdzie mieszka Abe z żoną, byłem tam częstym gościem w czasie kampań wyborczych - ich dom jest świetnym punktem wypadowym do okolicznych stanów. Na ich ganku staliśmy już jakieś 20 minut po ogłoszeniu, że nie żyjemy. Zadzwoniłem do drzwi - otworzyła mi ubrana w czarny żakiet kobieta.
-Valerie, witaj, muszę wejść, choć nie sam, jest ze mną Robert Kerr.
-Co? Matt? Ty żyjesz? Ale w telewizji podawali, że zginęliście wczoraj!
-Oglądasz Fox News? Myślałem, że stać cię na więcej...
-Fox News, oszalałeś chyba! To już jest wszędzie: ABC, NBC, CBS, nawet na CNN.
-Cholera, to nie dobrze.
Weszliśmy, mieliśmy poczekać na Abe'a, akurat wracał do domu z posiedzenia Kongresu. Mieliśmy trochę czasu na obmyślenie planu, choć przerwało nam przemówienie Hobarta.
Dwóch byłych Prezydentów Stanów Zjednoczonych musi współpracować, by ujawnić wielki spisek, w który zamieszanych jest wielu wpływowych ludzi. Jest jeden problem - ich nienawiść do siebie jest powszechnie znana. Czy dla dobra kraju porzucą swoje animozje?
środa, 14 listopada 2012
niedziela, 11 listopada 2012
Rozdział IV
Pamięć mnie jeszcze nie myliła - lecieliśmy już bodajże 3 godziny - drogę do Camp David moglibyśmy przebyć 2 razy z dobrymi pilotami. Coś się nie zgadzało. Postanowiłem zadzwonić do Francisa Hookmana - był wiceprezydentem w czasie mojej kadencji. Wyciągnąłem więc swój telefon z zamiarem wybrania numeru, gdy usłyszałem głos Roberta:
-Co to? Nowa komórka?
-No tak, Nokia 5110, najnowszy model - odparłem. - Co, zazdrosny?
-Co? Ja? Nie... Moja Nokia 1011 dobrze służy!
-Mhm, dostałeś ją jeszcze za czasów swojej prezydentury, no ale jeśli satysfakcjonuje cię maksymalnie 15 godzin między ładowaniem baterii, to OK.
-Daj już spokój, nie zamienię go, bo...
-Bo jesteś kutwą - przerwałem mu - a teraz daj mi w spokoju zadzwonić do Franka.
Moje przeczucia się potwierdziły - Francis nic nie wiedział o spotkaniu.
***
Tym czasem w Waszyngtonie, na polu golfowym "Nevis Gardens"
-Prezydent Will Hobart wygrywywa jak na razie z wiceprezydentem Theodorem Matthousem i byłym prezydentem Johnem Andersonem - odezwał się głos spikera - Prezydent jest dziś w fantastycznej formie. A teraz brawa dla wiceprezydenta Matthouse.
Mathhouse, jak to Mathhouse, celował kijem w piłkę, kij wylądował na głowie pewnego czarnoskórego obywatela. Gdy zabierało go pogotowie do szpitala na obserwację, wiceprezydent znów popisał się taktem i elokwencją:
-Szanowny Panie, przepraszam bardzo, wie Pan, że jest mi bardzo przykro. Zastanawia mnie jedno, dlaczego Pan przybył tutaj na pole? Nie żeby coś, ale proszę Pana, wy Murzyni macie tyle sportów, w których jesteście dobrzy: koszykówka, baseball, rugby, biegi itd. I jeszcze golf? Może zabierzecie nam nasze majtki i skarpety?! Życzę miłego powrotu do zdrowia.
Cóż za faux pas... A słupek poparcia już leci w dół...
***
Las, las, nic innego tylko las! Postanowiłem iść do kabiny pilotów, niech coś zrobią do cholery!
-Panie kapitanie, co się dzieje, do Camp David chyba nie leci się tak długo? Macie jakiś problem?
-Panie prezydencie, nie lecimy do Camp David.
-Nie? To w takim razie gdzie?
-Nie mogę powiedzieć, mam taki rozkaz.
-Zatem chcę natychmiast rozmawiać z dowództwem, proszę podać mi mikrofon!
-Niestety, panie prezydencie, nie mogę tego uczynić. Dostaliśmy rozkaz zachowania ciszy.
-Okej, piczki, mam pistolet i nie zawacham się go użyć! - z tymże okrzykiem do kabiny wleciał Kerr i przyłożył plastikowy pistolet swojego wnuka Carlosa do karku jednego z pilotów - Douglas, rozbroj tego drugiego!
-No dobra, nie ma sprawy - odparłem.
-A teraz dalej, chcemy rozmawiać z waszymi przełożonymi! - krzyczał wciąż Robert.
-Panie prezydencie, nie możemy tego zrobić! Taki jest rozkaz!
-Zatem proszę lądować - tu, na tej łące! - zadecydował Robert.
-Tak... Tego nie mieliśmy zakazanego.
Gdy tylko wylądowaliśmy, Kerr postanowił pokazać swoją siłę:
-Chcieliście ciszy radiowej, to proszę bardzo kutafońce! - i strzelił z pistoletu kapitana prosto w radio.
-Jasna cholera, Robert, czy cię posrało?! Nie wiesz, że się nie strzela w tak małym pomieszczeniu?! - zacząłem się wydzierać: po części bo byłem zdenerwowany, a po części bo nic nie słyszałem.
-No dobra, dobra Matt! Niech ci będzie! A teraz wychodź.
I wyszliśmy, był już wieczór, bodajże około 20-21, było już dość ciemno. Jak tylko opuściliśmy pokład, śmigłowiec zaczął się wznosić z powrotem w powietrze. Po chwili wypaliłem:
-Jacy z nas idioci!
-Co? Czemu? Przecież już nie lecimy byle gdzie! - odparł Kerr.
-Tak, ale pomyśl: mieliśmy ich broń, mogliśmy kazać im lecieć z powrotem do Waszyngtonu!
-O Chryste, masz rację! - nagle olśniło Roberta i zaczął wymachiwać rękoma - Ej! Ej wy! Heej! Helikopter! Lądujcie z powrotem tutaj! Heeej!
Zaraz do niego dołączyłem. Wtem, wielki blask, pomarańczowawe światła i ogromny huk nas ogłuszyły. To wybuchł ten śmigłowiec. Mieliśmy w nim być...
-Robert, wiesz co to oznacza?
-Chyba tak, tak wiem. Hobart chciał się nas pozbyć...
-Wiemy za dużo.
-Matthew, co mamy robić?
-Nie wiem... Chyba musimy go powstrzymać i pokazać Amerykanom co się dzieje.
Byliśmy gdzieś na skraju lasu - jak się potem okazało niedaleko Hendersonville w stanie Karolina Północna.
-Co to? Nowa komórka?
-No tak, Nokia 5110, najnowszy model - odparłem. - Co, zazdrosny?
-Co? Ja? Nie... Moja Nokia 1011 dobrze służy!
-Mhm, dostałeś ją jeszcze za czasów swojej prezydentury, no ale jeśli satysfakcjonuje cię maksymalnie 15 godzin między ładowaniem baterii, to OK.
-Daj już spokój, nie zamienię go, bo...
-Bo jesteś kutwą - przerwałem mu - a teraz daj mi w spokoju zadzwonić do Franka.
Moje przeczucia się potwierdziły - Francis nic nie wiedział o spotkaniu.
***
Tym czasem w Waszyngtonie, na polu golfowym "Nevis Gardens"
-Prezydent Will Hobart wygrywywa jak na razie z wiceprezydentem Theodorem Matthousem i byłym prezydentem Johnem Andersonem - odezwał się głos spikera - Prezydent jest dziś w fantastycznej formie. A teraz brawa dla wiceprezydenta Matthouse.
Mathhouse, jak to Mathhouse, celował kijem w piłkę, kij wylądował na głowie pewnego czarnoskórego obywatela. Gdy zabierało go pogotowie do szpitala na obserwację, wiceprezydent znów popisał się taktem i elokwencją:
-Szanowny Panie, przepraszam bardzo, wie Pan, że jest mi bardzo przykro. Zastanawia mnie jedno, dlaczego Pan przybył tutaj na pole? Nie żeby coś, ale proszę Pana, wy Murzyni macie tyle sportów, w których jesteście dobrzy: koszykówka, baseball, rugby, biegi itd. I jeszcze golf? Może zabierzecie nam nasze majtki i skarpety?! Życzę miłego powrotu do zdrowia.
Cóż za faux pas... A słupek poparcia już leci w dół...
***
Las, las, nic innego tylko las! Postanowiłem iść do kabiny pilotów, niech coś zrobią do cholery!
-Panie kapitanie, co się dzieje, do Camp David chyba nie leci się tak długo? Macie jakiś problem?
-Panie prezydencie, nie lecimy do Camp David.
-Nie? To w takim razie gdzie?
-Nie mogę powiedzieć, mam taki rozkaz.
-Zatem chcę natychmiast rozmawiać z dowództwem, proszę podać mi mikrofon!
-Niestety, panie prezydencie, nie mogę tego uczynić. Dostaliśmy rozkaz zachowania ciszy.
-Okej, piczki, mam pistolet i nie zawacham się go użyć! - z tymże okrzykiem do kabiny wleciał Kerr i przyłożył plastikowy pistolet swojego wnuka Carlosa do karku jednego z pilotów - Douglas, rozbroj tego drugiego!
-No dobra, nie ma sprawy - odparłem.
-A teraz dalej, chcemy rozmawiać z waszymi przełożonymi! - krzyczał wciąż Robert.
-Panie prezydencie, nie możemy tego zrobić! Taki jest rozkaz!
-Zatem proszę lądować - tu, na tej łące! - zadecydował Robert.
-Tak... Tego nie mieliśmy zakazanego.
Gdy tylko wylądowaliśmy, Kerr postanowił pokazać swoją siłę:
-Chcieliście ciszy radiowej, to proszę bardzo kutafońce! - i strzelił z pistoletu kapitana prosto w radio.
-Jasna cholera, Robert, czy cię posrało?! Nie wiesz, że się nie strzela w tak małym pomieszczeniu?! - zacząłem się wydzierać: po części bo byłem zdenerwowany, a po części bo nic nie słyszałem.
-No dobra, dobra Matt! Niech ci będzie! A teraz wychodź.
I wyszliśmy, był już wieczór, bodajże około 20-21, było już dość ciemno. Jak tylko opuściliśmy pokład, śmigłowiec zaczął się wznosić z powrotem w powietrze. Po chwili wypaliłem:
-Jacy z nas idioci!
-Co? Czemu? Przecież już nie lecimy byle gdzie! - odparł Kerr.
-Tak, ale pomyśl: mieliśmy ich broń, mogliśmy kazać im lecieć z powrotem do Waszyngtonu!
-O Chryste, masz rację! - nagle olśniło Roberta i zaczął wymachiwać rękoma - Ej! Ej wy! Heej! Helikopter! Lądujcie z powrotem tutaj! Heeej!
Zaraz do niego dołączyłem. Wtem, wielki blask, pomarańczowawe światła i ogromny huk nas ogłuszyły. To wybuchł ten śmigłowiec. Mieliśmy w nim być...
-Robert, wiesz co to oznacza?
-Chyba tak, tak wiem. Hobart chciał się nas pozbyć...
-Wiemy za dużo.
-Matthew, co mamy robić?
-Nie wiem... Chyba musimy go powstrzymać i pokazać Amerykanom co się dzieje.
Byliśmy gdzieś na skraju lasu - jak się potem okazało niedaleko Hendersonville w stanie Karolina Północna.
Bohaterowie
Prezydent USA od 1997 r.: William Phillip Hobart
Sekretarz Stanu od 1997 r.: Charles Reynee
Była żona prez. Douglasa: Katherine Jane Douglas
Senator z Karoliny Północnej: Abel David Henderson
Żona senatora Hendersona: Valerie Bernadette Henderson
Gwiazda muzyki Pop: CHER
Senator z Waszyngtonu: Harry Dirt
Były gubernator Alaski: Gerald Cuckle
Kongresman z Florydy: Nick Leach
Były ambasadror USA w Izraelu, kongresman z Idaho: Aaron Vashem
Gubernator Utah: Heinz Pförd
"Pierwszy gej Ameryki", dziennikarz, przyjaciel Jima Douglasa: Antoine Chereçion
czwartek, 8 listopada 2012
Rozdział III
14 maja zmarł Frank Sinatra - znałem go bardzo długo, pewnie jakieś 40 lat. To, że był powiązany z Mafią zapewne miało jakiś związek z moimi kłopotami przy wyborach gubernatorskich w Waszyngtonie. Ale wielkim artystą był. I właśnie dlatego chciałem być obecny na jego pogrzebie. Ale to nie było takie łatwe. Czemu? Pogrzeb miał odbyć się dwudziestego, a niestety, musiałem jeszcze rozpracować "Aurelię". Następnego dnia wróciłem do rezydencji Kerra, dzień później miałem się spotkać z byłym senatorem z Illinois Adlai'em Stevensonem III, on też coś podobnież wiedział.
Robert chciał pomówić ze mną o tym w jaki sposób dostać się do źródła przecieków. Jak bym wiedział... Wtem, przybiegł wnuczek Roberta - Carlos. Dziwne, córka republikanina, która wyszła za Latynosa - zięć okazał się być Wenezuelczykiem z domieszką krwi z Dominikany.
-Dziadku, dziadku, pobawmy się w coś - Carlos wręczył Kerrowi plastikowy pistolet, który szybko zniknął w kieszeni garnituru od Armaniego.
-Eee, tak, tak, jasne. W chowanego? - "Cóż za oryginalność" pomyślałem - Dobrze, ja policzę do stu i cię poszukam, dobrze? Jeden, dwa, trzy - w tym momencie Carlos pobiegł gdzieś w swoim kasku hokejowym by się schować - pięć, dwadzieścia siedem, a idź w cholerę... Dobra, co robimy z wiesz czym?
-Z pewnością musimy zajrzeć do Archiwum Narodowego - odparłem - i... Robert, kim jest to bydle w garniaku?
-Czekaj, jakiś tajniak?
Siedzieliśmy na białej kanapie a vis-a-vis stał potężny facet w czarnym garniturze, takim jak ma Secret Service.
-Panowie Prezydenci, jestem ppłk Peter Trubblins, jestem szefem oddziału Secret Service ds. byłych prezydentów, Prezydent Hobart chce się z Panami spotkać w sprawie "Aurelii" w Camp David. Zabierzemy tam Panów rządowym śmigłowcem.
-Ech, no cóż... Mmmm... Dobrze, jeśli Prezydent zwołuje spotkanie - po długim "mmmm-owaniu" zgodziliśmy się.
-W takim razie zapraszam Panów na pokład.
Wyszliśmy na podjazd - Trubblins miał rację, czarny Bell UH-1 Iroquois stał już przy trawniku, gotowy do startu, obsługiwany przez dwóch pilotów. Już wsiadaliśmy, gdy zauważyłem, że Trubblins zamiast do śmigłowca wsiada do czarnego Cadillaca DeVille:
-Panie pułkowniku, Pan nie leci? - spytałem.
-Po pierwsze, Panie Prezydencie, jestem podpułkownikiem. Po drugie, kapitan Hervious doskonale zna tę trasę i dowiezie Panów na miejsce, na czas. Ja pojadę zdam relację Sekretarzowi Obrony.
-No, jak Pan woli. To do zobaczenia.
Gdy już startowaliśmy, wyczytałem z jego ust coś w stylu "Raczej nie". Pytanie tylko, dlaczego Hobart wie, że my wiemy o "Aurelii"?!
Robert chciał pomówić ze mną o tym w jaki sposób dostać się do źródła przecieków. Jak bym wiedział... Wtem, przybiegł wnuczek Roberta - Carlos. Dziwne, córka republikanina, która wyszła za Latynosa - zięć okazał się być Wenezuelczykiem z domieszką krwi z Dominikany.
-Dziadku, dziadku, pobawmy się w coś - Carlos wręczył Kerrowi plastikowy pistolet, który szybko zniknął w kieszeni garnituru od Armaniego.
-Eee, tak, tak, jasne. W chowanego? - "Cóż za oryginalność" pomyślałem - Dobrze, ja policzę do stu i cię poszukam, dobrze? Jeden, dwa, trzy - w tym momencie Carlos pobiegł gdzieś w swoim kasku hokejowym by się schować - pięć, dwadzieścia siedem, a idź w cholerę... Dobra, co robimy z wiesz czym?
-Z pewnością musimy zajrzeć do Archiwum Narodowego - odparłem - i... Robert, kim jest to bydle w garniaku?
-Czekaj, jakiś tajniak?
Siedzieliśmy na białej kanapie a vis-a-vis stał potężny facet w czarnym garniturze, takim jak ma Secret Service.
-Panowie Prezydenci, jestem ppłk Peter Trubblins, jestem szefem oddziału Secret Service ds. byłych prezydentów, Prezydent Hobart chce się z Panami spotkać w sprawie "Aurelii" w Camp David. Zabierzemy tam Panów rządowym śmigłowcem.
-Ech, no cóż... Mmmm... Dobrze, jeśli Prezydent zwołuje spotkanie - po długim "mmmm-owaniu" zgodziliśmy się.
-W takim razie zapraszam Panów na pokład.
Wyszliśmy na podjazd - Trubblins miał rację, czarny Bell UH-1 Iroquois stał już przy trawniku, gotowy do startu, obsługiwany przez dwóch pilotów. Już wsiadaliśmy, gdy zauważyłem, że Trubblins zamiast do śmigłowca wsiada do czarnego Cadillaca DeVille:
-Panie pułkowniku, Pan nie leci? - spytałem.
-Po pierwsze, Panie Prezydencie, jestem podpułkownikiem. Po drugie, kapitan Hervious doskonale zna tę trasę i dowiezie Panów na miejsce, na czas. Ja pojadę zdam relację Sekretarzowi Obrony.
-No, jak Pan woli. To do zobaczenia.
Gdy już startowaliśmy, wyczytałem z jego ust coś w stylu "Raczej nie". Pytanie tylko, dlaczego Hobart wie, że my wiemy o "Aurelii"?!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)



.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
