czwartek, 30 sierpnia 2012

Rozdział II

Jeszcze tego samego dnia, pod wieczór pojechaliśmy do willi Kerra. Pieprzony republikanin! Teraz już wiem, gdzie poszły nasze podatki! Marmury na ścianach, heban na podłodze - obłęd! Salon? Majestatyczny, aż do bólu. Na szkarłatnej sofie poczułem się jakbym znów był przy Pensylvania Avenue. Robert, choć starszy ode mnie tylko o 4 lata, nie wyglądał dobrze. Jego twarz, taka blada, z wieloma zmarszczkami... Widać, że "Aurelia" też go gnębiła. Mnie kosztowała reelekcję, ale czym on się przejmował? Denerwował mnie, prawda, ale nawet trochę żal mi się zrobiło. Może martwił się tym, że czy tego chce, czy nie, musi ze mną jeszcze pobyć, bo jutro o 9:00 mieliśmy się stawić na pole golfowe "Nevis Gardens", gdzie jako byli prezydenci mieliśmy zagrać w sport Tigera Woodsa wraz z Hobartem i Matthousem, cel podobno charytatywny. Ale gdy próbowałem z nim o tym pogadać, zbył mnie. W limuzynie trochę rozmawialiśmy o niedawnych zajściach, ale do Sherlocka Holmesa i Doktora Watsona, było nam daleko. Uznałem, że nie będę dłużej siedzieć w Kerr-Landzie.
-Bob, jadę do domu, najwyżej jutro pogadamy o "Aurelii", oczywiście jak już z wami wygram.
-A idź w cholerę - odpowiedział w swym zakulisowym stylu.
Gdy już wychodziłem od niego z domu, usłyszałem rozmowę z żoną, Helen.
-Pieprzony demokratyczny błazen!
-Robercie, nie mów "pieprzony" - jak już musisz przeklinać, to się nie ograniczaj!
Wróciłem limuzyną do mojego apartamentu. Kupiłem go na przedmieściach Waszyngtonu w 1987 roku, gdy ogłosiłem swój start w kampanii prezydenckiej przeciw Kerrowi. Po przegranej wynajmowałem go studentom z Georgetown, ale wiadomo jacy są studenci. Teraz 85 metrów kwadratowych było wykorzystywane przeze mnie tylko czasami - a to jakaś partyjka golfa, a to zjazd byłych włodarzy USA etc. Mieszkałem sam, miałem też niewielki dom w Seattle; rezydencję w Olimpii, stolicy stanu Waszyngton, po rozwodzie dostała moja była żona - Katherine. Rozwiedliśmy się w 1988, przez tzw. "różnice nie do pogodzenia" - ja, kobieciarz, ona, zachłanna maszynka do robienia pieniędzy. Kathy jest jak hydra - można odciąć jej drogę do wpływów, ona zaraz znajdzie sobie trzy inne. Gdy poznałem ją w 1950 roku, w college'u, ta przemiła 19-stolatka, trzy lata młodsza ode mnie, od razu wpadła mi w oko. Ja, przedstawiciel tego nowego, liberalnego społeczeństwa, myślałem, że to będzie przygoda na jedną noc. Ale czymś mnie urzekła. Czekała na mnie przed salą, gdzie zdawałem końcowe egzaminy na studiach. Czekała, gdy byłem na wojnie w Korei. Czekała wraz ze mną na wyniki wyborów na gubernatora Waszyngtonu. Ale później jej cierpliwość się skończyła. Miłość się skończyła. Seks się skończył. Mówią, że jedzenie jest wieczne - Katherine szefem kuchni to nie była. No i koniec, trzy i pół godziny, i 32 lata poszły się... Dobra, było dawno temu i nie prawda. Ważniejsza od niej jest teraz inna kobieta - "Aurelia".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz