-Szanowni Państwo. Dziś mija 10 dni od katastrofy śmigłowca, w której rzekomo zginęli byli prezydenci: Robert Kerr i Matthew Douglas. 10 dni, lecz ciał nie zanaleziono. Rozumiem, że las utrudnia poszukiwania, ale to już wymyka się spod kontroli. Gdy mój mąż opuszczał urząd po 8 latach nikt nie planował usunięcia go - dlaczego o tym mówię? Dlaczego stwierdzam, że był to zamach? Dlaczego? Bo w wielu miejscach widziano dwóch mężczyzn uderzająco podobnych do byłych prezydentów. Obywatele! Apeluję do Was, abyście coś z tym zrobili! Wy jesteście siłą tego narodu! Trzeba się dowiedzieć o co chodzi z Aurelią! Prezydencie Hobart! Co się dzieje z pańskimi poprzednikami?!
Takiego apelu się niespodziewałem. Była Pierwsza Dama Grace Nadine Vanderbilt-Anderson wystąpiła w naszej obronie. Z chęcią bym jej osobiście podziękować, ale... byliśmy w ciemnej dupie. Dokładniej Zanesville w stanie Ohio. Mieliśmy jechać do Limy, Ohio, gdzie stała biblioteka Kerra (co było dość dziwne, szczególnie, że urodził się w Kokomo w Indianie - no cóż, podatki i sknera, ech), ale wpadliśmy na Secret Service. Dzięki Bogu było ciemno, prostytutki wyszły na ulice, a te pały się puściły za jakąś cycoliną. Bywa.
***
April Rhodes. To kokietka! 23-letnia damulka, taka, tego, no...
-Wiesz Robert, muszę ci się przyznać. Niezwykle mi zaimponowała...
-Spałeś z nią.
-Eee, noo... Cholera, skąd wiesz?!
-Proszę cię, w tym motelu dzieliła nas cieńka dykta. Słyszałem te "Oooo, aaaa, uuu" i inne samogłoski.
-Świnia, po prostu cham i prostak! Łączy nas takie wspaniałe uczucie, że nigdy jej nie skrzywdzę - więc nigdy więcej już do niej nie zadzwonię.
-Świetnie. Prawdziwy romantyk
***
Jeszcze przed naszym "wypadkiem", Robert był umówiony na odczyt dotyczący jego prezydentury w liceum w Bellefontaine w Ohio. Wyruszyliśmy tam autobusem, nawiasem niezbyt nowoczesnym, no ale cóż, jaki stan, takie autobusy. Dyrektor Jack Aaronson był nieźle zaskoczony, że widzi Kerra żywego. -Suprise, bitches - cisnęło się na usta.
Ja tymczasem postanowiłem się rozejrzeć po szkole. Tak się rozglądałem, że trafiłem na boisko, dokładnie na niewielki, zacieniony placyk, tuż przy śmietniku. Stał tam pewien chłopak, zapewne trzecioklasista. Zaszedłem go od tyłu:
-Siema młody!
-Ja pierd... Znaczy, co jest?! - chyba go przestraszyłem.
-Wyluzuj. Szlugi czy Marysia?
-Nie wiem o czym Pan mówi!
-Oj przestań, dobrze wiem o twoich znajomych: Mary, Juan, Anna (Marijuana dla nieogarniających). Kopsnij jointa.
-Chwila, czy Pan nie był Prezydentem?!
-Taa, ale liberalnym. Dobra, weź nie świruj, chill out dzieciak.
No i się z nim upaliłem. Tylko w ten sposób mogłem do niego dotrzeć. Nie żebym mu chciał pomóc, czy coś! Wyglądam na dobrego samarytanina?! Bez jaj! Chciałem tylko się dowiedzieć, gdzie tu mają ten swój szkolny teatr, o którym czytałem w jakimś regionalnym szmatławcu. Jako, że jestem wspaniały i w ogóle och! ach!, to mnie do niego zaprowadził. Kazałem mu stanąć na czatach, ja zaś podwędziłem ich jakieś ubrania, wąsy, klej charakteryzatorski, sztuczne nosy itd. Kiedy Robert skończył wreszcie ględzić jaki to on był zajebisty, kazałem mu się łaskawie przebrać. Wyszło na to, że zostaliśmy mariachi. Ja nie wyglądałem jak bożyszcze nastoletnich zdzir, ale on i jego groteskowe ¡Por favor! byli jeszcze lepsi. Z takim wyglądem udaliśmy się na lotnisko w Columbus, na lot American Airlines do Limy.
***
Miała być Lima, a Limy ni ma! Pomyliliśmy samoloty! Wsiadliśmy do lotu do Olympii, stolicy mojego rodzinnego stanu Waszyngton. W sumie to nie było tak źle. Chodząc po jej ulicach, wspominałem czasy, gdy miałem tu swoją siedzibę jako gubernator. Pamiętam, że raz spotkałem Kurta Cobaina, który pisał te swoje pioseneczki na tą płytę, jak jej tam było? Eee... Nevermind. Nagle, w West Bay Park:
-Tata?!
-Jim?! Co za spotkanie! - no tak, znowu popłynąłem. Ale hej, czy wy byście się nie podjarali faktem spotkania syna, którego dłuższy czas nie widzieliście? I poszliśmy na kawę, do Starbucksa. Tam trochę pogadaliśmy, o przeszłości i o przyszłości:
-Jimmy, opowiadaj, co teraz robisz?
-Teraz gadam z Tobą, hehe, ale wiesz, 4 lata temu załapałem się jak wiesz na reprezentanta hrabstwa Jefferson do stanowej Izby Reprezentantów. Ale kurde, jestem ambitny, przystojny...
-...skromny... - wrzuciłem.
-...i ogólnie zajebisty i wiem, że będe zajebistym senatorem!
-Eee... Stanowym, tak?
-Posrało cię ojciec?! Z tymi frajerami mam siedzieć?! Weź ogarnij! Movin' up to D.C.!
-Tej, no luz, spoko. Fajnie, że masz takie ambicje. Komu ty tam musisz tylko się przeciwstawić?
-No ogólnie to jest ok, bo muszę się zmierzyć z senatorem Harrym Dirtem, wiesz, tą republikańską dupodajką. A partyjne próchno od nas się nawet nie pisało na kandydoawnie z nim, bo podobno "ma taką silną pozycję, ja zostanę tutaj, przysłużę się stanowi" ble-ble-ble, sra-ta-ta-ta. Wiem, że może porywam się z motyką na Słońce, ale wiem też, że trzeba dać szansę młodszym. Heloł, jestem tym młodszym, za 2 tyogdnie skończę trzydziestkę - minimum na senatora!
-Wiem, wiem, pamiętam, ech, mama i ja byliśmy tacy szczęśliwi. Cóż, teraz też jesteśmy, bo po rozwodzie.
-Super, znam tę śpiewkę... To co? Poprzesz moją kandydaturę?